słodki zapach brudu
wcześniejsze wpisy / późniejsze wpisy


Mam trzydzieści lat i skończyłam szkołę

Przeklejam z fejsbuka, bo jednak tak wiekopomne wydarzenie warto odnotować gdzieś, gdzie jest archiwum.

No to zostałam licencjatem (przepraszam, licencjatką). Obrona była wcale zabawną scenką, w której tragikomiczny efekt osiągnięto dzięki zderzeniu filozoficznie zadumanego recenzenta (nazywanego w dziekanacie "zakręconym") z oderwanym od pługa promotorem, który przenikanie myśli taoistycznej do świata zachodniego nazywał "przekazywaniem produktu konsumpcyjnego kanałami dystrybucji". Dobrze obrazuje to scena przy stole z "Siedmiu czerwonych róż". (Chodzi o epizod z kierownikiem domu kultury i profesorem - piszę to na wypadek, gdyby za piętniaście lat albo za dwa tygodnie link przestał działać)

Epilog: nie próbujcie pisać pracy żywieniowo-filozoficznej u czlowieka, który na Dalajlamę mówi Budda.

środa, 03-03-2010 [19:26:24] | komentarze [2] | komentuj


Być może ja chodzę na wieczorowy kurs SM, a nie na zajęcia z uduchowionego sushi i origami, jak mi się dotychczas wydawało. Ale i tak całkiem mi się spodobało, kiedy dziś przy dość nieznośnej ewolucji wykrzywiającej twarz usłyszałam: czoło gładkie, twarz pokerowa, integrujcie się z bólem. Rzeczywiście, spokój na twarzy to nie tylko 75% zmarszczek mniej w trzy tygodnie, ale taki miły stan, kiedy upierdliwe doznania związane z oporem materii zaczynają płynąć obok, jebiesz ten ból, a materia w końcu ustępuje. Odrobinę.

poniedziałek, 01-03-2010 [23:22:12] | komentarze [1] | komentuj


Idzie wiosna, dbajcie o wątrobę

Zaliczyliśmy pierwszy wiosenny, słoneczny dzień. Co mi zawsze przypomina, jaki prosty w obsłudze jest człowiek mimo swojej nieogarniętej gatunkowej megalomanii, szczęśliwy w słońcu i markotny w słocie. Wszystko wydaje się dziś prostsze i nawet mam ochotę zabrać się za sprawunki i pomysły, które miesiące temu zamiotłam pod dywan. Długa mroczna droga z przesiadką do wydawnictwa wydała mi się dzisiaj krótka, promienna i energetyzująca. Wręcz krajoznawcza. Zamiast czytać patrzyłam przez okno jakbym była zupełnie gdzie indziej. Koło McDonalda tym razem pachniało nadmorską smażalnią ryb. W domu zjadłam gruszkę.

Wiosną je się surowe i soczyste. Więcej niż kiedy indziej, to jest potrzebne i celowe. Surowe i soczyste oczyszcza wątrobę, podobno nawet z gniewu i złości, które tam zalegają i mogą całkiem zepsuć człowieka. Czytałam, że wiosna reprezentuje młodość, również taką ewolucyjną. I podobno jedzenie surowego odnawia, bo przypomina organizmowi wcześniejsze etapy rozwoju człowieka. Z czasów, zanim odkryto ogień i nie gotowano jedzenia. I jest napisane, że te wszystkie etapy ewolucji są w nas. Co jest bardzo logiczne. Na przykład wiadomo to o mózgu - w samym środku mamy wszyscy gadzi mózg, dlatego poddajemy się pierwotnym popędom zachowując się nie zawsze racjonalnie czy elegancko. Zabijanie, przetrwanie, prokreacja, głód, strach. No i do tego podstawowego mózgu mamy różne bardziej zaawansowane dodatki, których nie ma na przykład aligator ani nawet krowa. Ale czasem ta podstawa przejmuje całkowitą kontrolę. Na przykład kiedy mąż zabija żonę w afekcie in flangranti, a potem mówi, że nie wiedział, co czyni, po prostu czerwona mgła zasnuła jego umysł.

Klasyk medycyny wewnętrznej zaleca wiosną "żwawe spacery", bo odzwierciedlają wiosenną ekspansję. I słowo daję, że nie mogę doczekać się swojej ekspansji w swoim mieście - a nawet na kontynencie - bo nic, naprawdę nic tak bardzo nie sprawia, że myślę coś ciekawego, jak żwawe spacery.

wtorek, 23-02-2010 [18:02:43] | komentarze [3] | komentuj


Lubię zakwasy po jodze, w najdziwniejszych miejscach, o których w ogóle nie wiedziałam, że istnieją. Lubię przesuwać granicę bólu, jak mi się nogi rozjeżdżają po śliskiej podłodze; rozciąganie ścięgien, bo nie da się wtedy myśleć o niczym innym i wszystko zatrzymuje się w jakiejś pustce i ciężkim oddechu; jak mnie palą uda i zdaje się, że nie ma mowy, ale gram w taką grę, że jeśli wytrzymam, to może stać się cokolwiek, choćby niemożliwe i wytrzymuję. Lubię, jak potem wracam, i mi drżą kolana na schodach do metra. A na drugi dzień bolą mięśnie, takie nieodkryte, gdzieś w głębokich czeluściach, pod spodem, piąta przecznica za kręgosłupem, różne tajemnicze bebechy, stawy, łącza, mięso. Lubię czuć te wszystkie flaki, że jej mam, życie.

poniedziałek, 08-02-2010 [20:46:52] | komentarze [2] | komentuj


Oleander wypuścił nowe jasnozielone pędy, a ja nabrałam ochoty na chrupiącą sałatę pełną chlorofilu. To znaczy, że pod ziemią zaczyna kluć się wiosna.

piątek, 05-02-2010 [13:54:42] | komentarze [6] | komentuj


Wczoraj cały dzień spędziłam z Pauliną w jej domu, a jednak postanowiłyśmy część czasu przeznaczyć na ubolewanie, czemu kobiety, kiedy już znajdą stałego partnera, tak drastycznie ograniczają czas poświęcany przyjaźni z innymi kobietami i czemu, kiedy twoja przyjaciółka singielka znajduje sobie chłopaka, to oprócz cieszenia się jej szczęściem i takich tam altruistycznych odruchów, często czujesz też, że można już ją wywalić z książki adresowej. Albo mniej dramatycznie: to se ne vrati, długie wieczory, siedzenie, łażenie bez celu (a ludziom sentymentalnym trudno się z tym pogodzić i jakoś tak tao zen zaakceptować przemijanie, zmiany i że teraz już będziemy mieć dzieci zamiast palić skręty w parku saskim).
Poza tym, umawianie się z *mężatkami* natychmiast nabiera znamiom imprez klasowych w podstawówce. To znaczy, nie popuszczamy zanadto cugli, bo o dwudziestej drugiej odbierają nas rodzice. Eee, to znaczy Krzysiu po mnie niedługo przyjedzie. Samochodem. Czekamy teraz na sms-a od Krzysia. Czy już przyjechał. Albo, jak mówi Paulina, po dwóch godzinach przyjaciółka zaczyna wiercić się niecierpliwie. Krzysiu chce wiedzieć, kiedy wracam. Muszę mu napisać, gdzie ma po mnie przyjechać. Podrzucimy cię (no wiecie, jak te bezpańskie zaniedbane dzieci z kluczami na szyi, których rodzice nie dość się o nie troszczą, by je odebrać ze szkolnej dyskoteki i mamy innych dzieci częstują je plackami ziemniaczanymi z troską, że może te nie dojadają w domu).
Możecie mieć zupełnie inne przyjaciółki i bardzo się z tego cieszę i może należy założyć odpowiednie stowarzyszenie na fejsbuku i poznawać tam koleżanki, z którymi można się schlać niezależnie od stanu cywilnego. Możecie też uznać, że się zawiesiłam na potrzebach dwudziestolatki i ludzie starsi zaczynają mieć inne priorytety i git. Możecie też się ze mnie śmiać, ale lepiej nie, bo to bardzo osobiste moje wyznanie.

niedziela, 31-01-2010 [15:53:29] | komentarze [23] | komentuj


Marcin mi doniósł, że 90% morderców nie czyta książek, a 90% gwałcicieli nie onanizuje się. W imię zdrowego społeczeństwa poświęćmy szczególną uwagę obu tym satysfakcjonującym i wzbogacającym wewnętrznie czynnościom. Z powodzeniem można je wykonywać równocześnie. Jednym w tym celu dobrze posłuży Anais Nin, innym francuscy strukturaliści.

piątek, 29-01-2010 [10:35:28] | komentarze [4] | komentuj


Hej dzieciaki, postanowiłam zostać fanką vintage porno.

czwartek, 28-01-2010 [19:54:31] | komentarze [3] | komentuj


Hej, słyszeliście, że pisanie na blogarcie jest znowu indie? To może też wam o czymś tu napiszę. Chociaż naprawdę, dyrektor mógłby zrobić tak, żeby przynajmniej było widać *pasek narzędzi tekstowych*! No ale w sumie może być. Zimowe igrzyska na atari też na pewno są indie. Jeśli mam powracać, to proponuję w starym stylu okropnego człowieka, który szydzi z całego świata, jego osobowość jest żałosna, zdradza kompleksy, można bardzo łatwo ją przeanalizować i zdiagnozować psychologicznie, jeśli przeczytało się chociaż jedną książkę wydawnictwa Santorski (i nie był to kryminał).
Po prostu muszę wam powiedzieć o tym *odmóżdżaniu*. Bo o co chodzi? Może wy będziecie wiedzieć. Jak ludzie w kółko oglądają naprawdę idiotyczne rzeczy w telewizji, ale mówią, że muszą się *odmóżdżyć*? Na przykład polewają, jaki to godny pogardy jest film "Tylko mnie ruchaj", albo książka "Dom nad rozpiździskiem", a za chwilę się okazuje, że znają każdą scenę na pamięć, bo przecież muszą się *odmóżdżyć*? I nie po to ciężko pracują i koncentrują na wielu ważnych zadaniach życiowych, żeby nie móc się potem spokojnie w domu *odmóżdżyć*. No bo co w końcu, kurczę blade, zasługują na to i są tego warci. Wcale tego nie wyśmiewam, jest to raczej godny uwagi fenomen. Czy chodzi o to, że oni są na tyle świadomi, by wiedzieć, jakie są oczekiwania społeczne w ich środowisku i muszą wymyślić sobie jakieś usprawiedliwienie, żeby powiedzieć o tym, co lubią robić po pracy? Czy też fajne są dla nich rzeczy, które uważają za niefajne, co by było dość intrygujące.

Jest w końcu tyle rzeczy nie wymagających myślenia, które jednocześnie nie są wcale godne pogardy. Na przykład "Gotowe na wszystko" albo patrzenie przez okno. Te staruszki, które kiedyś nie robiły nic innego, tylko patrzyły przez okno musiały mieć o wiele bogatsze życie wewnętrzne niż te staruszki dzisiejsze, które nie robią nic innego, tylko oglądają seriale, których głównym bohaterem jest zazwyczaj Juan Carlos. Ale to jak wiemy, wiąże się z naszymi maniakalnymi czasami przymusu bezustannej ekspozycji na bodźce. W końcu dla wielu ludzi najgorsza rzecz, jaka może się przydarzyć, to zostać samemu ze sobą w miejscu, w którym nic się nie dzieje.

I o co chodzi w ogóle z tym tłumaczeniem się z niechęci do myślenia? Myślenie naprawdę niewiele wnosi. Ale tam wcale nie chodzi o niemyślenie tylko o myślenie o Marcie Żmudzie-Trzebiatowskiej i czy Adamczyk Piotr pokocha ją, czy tylko wyrucha. Bo przecież najwyższy stopień oświecenia to kompletna pustka i absolutne niemyślenie, to ustalono, więc naprawdę nie ma z czego się tłumaczyć. Może niech niemyślenie będzie indie.

środa, 27-01-2010 [19:15:02] | komentarze [20] | komentuj


Kochana, Lizbona jest cudowna, trudno właściwie ją w skrócie opisać. To prawdziwy kraniec Europy, trochę jakby się tam czas zatrzymał. Jest nowoczesność, ale w taki subtelny, nieinwazyjny sposób. Na ulicach nie rzucają się w oczy nowe trendy, ludzie noszą się skromnie i zwyczajnie. Nawet trochę staroświecko - faceci zawsze w długich spodniach, starsi w koszulach. Jak zobaczysz szorty, to wiadomo, że turysta. W czasie wczesnego obiadu i kolacji całe miasto nagle zaczyna pachnieć dymem i grillowaną rybą. W knajpianej dzielnicy Bairro Alto wieczorami ludzie po prostu stoją z piwem na ulicy albo siedzą na krawężnikach. Wszystko bezpretensjonalne i zwykłe: kawa z mlekiem nie ma żadnej pianki, na talerzu dostajesz furę mięsa i ziemniaki albo frytki a do nich jeszcze ryż, trochę sałaty, pomidora, cebuli i tyle. Żadnych dekoracji ani wymyślnych dodatków. Ale nawet cebula jest pyszna i słodka. No i mają tam najlepsze ciastka na świecie, z migdałami,  z cynamonem. A jak poprosisz o herbatę, to często nie wiedzą, o czym mówisz. Może ice-tea? A może wydobędą z najciemniejszego kąta zleżałą torebkę rumianku. Starsi ludzie siedzą wciąż w tych barach i kawiarniach, nie są tacy wykluczeni jak u nas. A w barach zupełny brak dbałości o nastrój - białe oświetlenie, stoły plastikowe albo aluminiowe, lada, w której pucharek z budyniem stoi obok kawałka mięsa i nikt się nie przejmuje, jednorazowe papierowe obrusy (hurra, można wszystko ubrudzić), ale i tak jest przyjemnie. Do obiadu oczywiście karafka wina. I powalające, zakurzone piękno miasta. Wszystko misternie zdobione, ale zniszczone. Może na zdjęciach to widać. Wrzucę ich jeszcze więcej, jak będę miała chwilę.

Ale wiecie, co jest najważniejsze? Że wszystko jest tak białe od słońca, aż bolą oczy. Światło dnia jest całkiem białe, oprószone jasnym dymem z tych ulicznych wózków, w których pieką kasztany, a dopiero światło wieczora robi się złote. Rzeka nie jest niebieska, ale całkiem srebrna i roziskrzona. Choć domy są odrapane, brudnopastelowe, całe miasto lśni. Nawet kremowy bruk, gladki i śliski jak kostka lodu, odbija światło i lśni.

piątek, 06-11-2009 [18:46:14] | komentarze [4] | komentuj