| słodki zapach brudu | |
| wcześniejsze wpisy / | |
2009 czerwiec 2008 grudzień 2007 grudzień 2006 grudzień 2005 grudzien
|
W tym roku w ogródku zalęgły się świerszcze. Wcześniej ich nie było, a potem się pojawiły. Teraz znów ucichły - wypłoszyła je demówka jesieni. Gdzie teraz są? Niedawno pachniały lipy, ale już przekwitły. Na gałązkach zostały okrągłe szypułki. Żółte kwiaty transformowały się w bezwonne aksamitne kulki, jak to właściwie się dzieje? Dzieje się cały czas. Ten kszałt może powtórzyc się wszędzie w świecie: na drzewku czereśniowym albo na sukience. Chodziłam dziś Madalińskiego, Rózaną, Kazimierzowską. Nierówne chodniki, szare mury, kwadratowe bryły niskich domów bez zdobień, tylko pelargonie w oknach. Podobnie jak tam, gdzie dorastałam, inaczej niż tam, gdzie mieszkam. Krajobraz dzieciństwa nosi się zapisany w bebechach, dopiero teraz to zauważam. Wyszłam bez śniadania i chciałam natknąc się na jakąś cukiernię, w której sprzedają dobre słodkie bułki, ale nic takiego się nie zdarzyło. wtorek, 27-07-2010 [15:28:22] | komentarze [2] | komentuj Właśnie pomyślałam, że kocham niektóre przedmioty. Uczuciem głębszym niż darzę swoje czerwone pantofelki - to jest, przyznajmy szczerze, czysta i powierzchowna namiętność, w dodatku trochę homoseksualna i narcystyczna, no bo te zaokrąglenia, wcięcia, zmysłowe linie, kokardki. Czerwone pantofelki to taki skok w bok od trampek czy sandałków, można ich użyć od czasu do czasu dla zabawy, ale nie zabiorę ich w podróż ani nie będą mi towarzyszyć w żadnych ważnych chwilach. Mają tylko być piękne, a gdyby były człowiekiem, pewnie nie pytałabym ich o zdanie. Zupełnie co innego z tymi rzeczami, które kocham miłością znacznie dojrzalszą. Są trochę kanciaste, trochę toporne, słabo się komponują z muślinowymi firankami, nie do końca je rozumiem i nie do końca wiem, jak działają, ale są wierne, niezawodne i czynią moje życie szczęśliwszym. To komputer - rozwijająca, twórcza zabawka do wszystkiego, pudełeczko na pamiątki, które koniecznie muszę zachować i zaufany przyjaciel na bezsenne noce - no i rower. Śmiem go nawet porównać do mężczyzny idealnego. Po pierwsze, nie wybrałam go z rozsądku na drodze dedukcji ani analizy porównawczej, nie jest też zgniłym kompromisem między jakością a ceną. Przyszedł do mnie sam, bez planowania, dostałam go w prezencie, trochę przypadkiem. Wobec tak cudownego daru, zrządzenia losu nie zastanawiamy się przecież nad kompatybilnością, przyszłością, rachunkiem powodzenia, tylko z radością bierzemy wszystko z całą dobrocią inwentarza, czy jak to się mówi. Rower jest wprawdzie męski i trochę dla mnie za ciężki, ale co tam, lubię poczuć jego solidny ciężar, no i przecież rzadko go noszę, na ogół to on nosi mnie. Z ulgą wracam do swojego, budujemy zaufanie. Na początku trochę się lękam, rozpraszam, zamyślam i czasem jeżdżę jak głupek. Rower uczy mnie jednak koncentracji i oczyszczania umysłu. Zdarza mu się też podsunąć mi jakąś ciekawą ideę, ale dyskretnie, żebym nie wjechała w słup. Można powiedzieć, rozwija duchowo, inspiruje i umożliwia nowe doświadczanie świata. Co najważniejsze w miłości, daje mi wolność. Zabiera mnie w nieznane miejsca, zachęca do odkrywania i podbijania nowych terenów, jednocześnie pozwala mi podążać swoją drogą. Zdzieram z niego nalepki, żeby sobie był, jaki jest. Pod spodem oczywiście jest klej, klej się brudzi, nie wygląda to idealnie, ale wcale mi to nie przeszkadza. Nadal jest trochę za ciężki, nogi mam od niego całe w smarze, a z czasem poznaję jego słabości - brakuje mu amortyzacji, co bywa dla mnie bolesne. Za to dobrze wyrabia za zakrętach, przejadę z nim błoto, piach i ostre wertepy (co, przyznaję, nie zawsze jest przyjemne, ale nie oczekujmy od nikogo i niczego niemożliwości - to złota babcina zasada, która pozwala zatrzymać satysfakcję). Nigdy mnie nie zawodzi, sprawdza się w każdych warunkach, mogę z nim jechać do sklepu, do pracy i do lasu, towarzyszy mi w nocy i w dzień, i kiedy jestem smutna. Możemy razem wszystko. niedziela, 18-07-2010 [18:03:57] | komentarze [5] | komentuj Kolejną noc wracamy rowerami z Luny na Kabaty. Noce są gorące i przyjazne, plac Zbawiciela żywy i gwarny, mógłby być placem we włoskim filmie, a statyści siedzą na stopniach w bezpiecznym kokonie ciepła. Powietrze jest takie otwarte i przejrzyste, kiedy zjeżdżam Belwederską. Na Stegnach przy działkach robi się rześko i wilgotno, pachnie roślinami, gęsto i mocno jak ziołowa esencja. Potem mijam stację benzynową, która w tym zielonym mroku świeci zimnym, błękitnym elektrycznym światłem, jak chłodne światło obskurnego przydrożnego baru w parną noc w Meksyku albo Urugwaju, gdzie nigdy nie byłam. I w końcu przejeżdżamy przez mały cmentarzyk, gdzieś między Doliną Służewiecką a Nowoursynowską, tak doskonale cichy i nieruchomy, przytulny z żółtymi zniczami palącymi się równo, bez wiatru. Teraz wydaje mi się miejscem pogodzenia z losem, nieomal szczęśliwym. piątek, 16-07-2010 [14:16:28] | komentarze [0] | komentuj Dołączyła do grupy "Nie znam się na piłce nożnej i nawet mundial tego nie zmienia". wtorek, 29-06-2010 [08:48:36] | komentarze [0] | komentuj Jak jestem przygniębiona, koi mnie obrywanie suchych kwiatków z roślin na parapecie. środa, 16-06-2010 [09:37:46] | komentarze [0] | komentuj Zamiast długich przerw w pracy na fejsbuka powinnam mieć przerwy na kieliszek wina. wtorek, 15-06-2010 [18:58:11] | komentarze [3] | komentuj Przez okno domu w Galway widać było białego konia na łące. Za ścianą czasem krzyczeli sądziedzi, a z drugiej sypialni na piętrze dochodziły jęki miejscowej kochanki naszego współlokatora Francuza. Słuchaliśmy Primusa i bawiliśmy się pluszową małpą, którą wyciągnęłam ze śmietnika w hotelu. Nazwaliśmy ją Igo (jak ten pisarz). Do drzwi czasem drapał piesek z sąsiedztwa, zebyśmy wyszli rzucać mu patyk. Nazwaliśmy go Koko (tak naprawdę nazywał się Cocoa, miał to napisane na medaliku). Innym razem wynosiłam wieczorem poduchy z foteli przed dom. Siadaliśmy na nich w zmierzchu, paliliśmy i piliśmy jęczmienne piwo. Antek wracał z pracy. W białym podkoszulku i dżinsach, z tatuażami, opierał się o gruchota na podjeździe i pił whiskey prosto z butelki. Opowiadał niezrozumiałe rzeczy o swoich miłosnych perypetiach. wtorek, 15-06-2010 [18:29:05] | komentarze [2] | komentuj Znowu jest ciepło i można jeździć na rowerze. To bardzo zmienia życie. W dodatku człowiek jest tak naiwny, że gdy tylko świat odrobinę go dopieści, gotów jest z miejsca zapomnieć, że jeszcze wczoraj był traktowany po macoszemu, bez litości, naprawdę ozięble. Dziś Marcin wraca z pracy i idziemy się przejechać. Ursynów jest taki przestronny i zielony, powietrze rześkie, ciepłe, ziołowe. Pachnie niemiejsko, jak wakacje z babcią w Złotokłosie, roztarta w palcach lebioda, rumianek. A jak mijam łąki przy górce czuć jeszcze zapach ziemi, dymu, popiołu. Tutaj jest dziwna strefa zimna - gładko wjeżdżasz w inna temperaturę, nie wiadomo dlaczego. Jak wracam z siatkami kołyszącymi się na kierownicy, wieczorne powietrze jest takie puste, że nawet nie trzeba jechać. Jakbym dryfowała w bardzo słonym morzu. wtorek, 08-06-2010 [23:25:59] | komentarze [3] | komentuj Czytałam bardzo ciekawy artykuł o tym, jak odróżnić klasy społeczne - otóż nie jest to takie oczywiste i nie zawsze chodzi o kasę. Podobno zamiast sprawdzać komuś konto, można po prostu spytać, po co mu rower. Sami przeczytajcie, a najpewniej okaże się, że wasz styl jeżdżenia na rowerze przypisuje was do klasy arystoktatów i intelektualistów (lądują w tym samym worku, bo mają wielkopańską nonszalancję i nie muszą nic nikomu udowadniać). A myśl o byciu w worku z artystokratami i elitą intelektualną jest wcale przyjemna. Na pewno też spodoba się wam określenie "kredytowa burżuazja". Ale do rzeczy - no więc w tym artykule pada istotne stwierdzenie, że klasę poznaje się nie po tym, o czym mówimy, ale po tym, o czym milczymy. Myślę, że odrobina więcej milczenia przydałaby się w ostatnich dniach tym, którzy wybrali sobie właśnie taką niefortunną okazję, żeby wszem i wobec zamanifestować swój niebywały luz, dystans i niezachwianą kontestację, by nikt przypadkiem sobie nie pomyślał, że takie wydarzenie zaskoczyło ich na tyle, że stracili fason, uronili łzę albo odjęło im mowę i stępiło błyskotliwość bądź analityczną trzeźwość oceny. (Jak widać, ja też nie zmilczałam i musiałam sobie popsioczyć, więc bez wątpienia wyrzucą mnie z arystokracji.) Nie wydaje wam się, że w tych czasach cynizmu, serca czasem kurczą się i spadają gdzieś do woreczka żółciowego, gdzie toną w pogardzie? Życzę nam, żeby się jednak stamtąd wykaraskały. Po prostu pomiędzy breweriamy, jakie wyczyniają media, etosem i patosem a z drugiej strony pogardliwą ostentacją zabrakło chyba miejsca na normalność. W tym temacie w sedno trafiła Chutnikowa (której fanką nigdy nie byłam). Gdyby można było pominąć okoliczności, musiałabym przyznać, że czas żałoby całkiem mi odpowiada. W pizzerii puszczano muzykę klasyczną (nie każcie mi precyzować tego pojemnego terminu, bo nie mam o tym bladego pojęcia), a na jodze wreszcie był spokój, bo za ścianą raczono ściszyć fitnessdisco do poziomu miarowego bitu w tle (to i tak niebywałe wyrzeczenie). Czytałam też na wakacjach strasznie fajny kryminał Marthy Grimes "Hotel Paradise", w którym mowa jest o tym, że ludzie muszą nieustannie gadać z obawy, że jeśli zamilkną, przestaną istnieć. Takie gadanie nie może mieć jednak żadnego sensu, bo żeby zebrać informacje i pomyśleć, trzeba by było najpierw się zamknąć. czwartek, 15-04-2010 [20:03:41] | komentarze [6] | komentuj Jest coś takiego, że cokolwiek napiszę w tych czasach, naprawdę się porzygacie. Po prostu życie mnie rozkłada na łopatki swoim urokiem, szczególnie teraz, kiedy gdzie nie spojrzeć, wszystko kipi samonapędzającą się witalnością. Skąd to się bierze? Nie jest w końcu podłączone do prądu ani zasilane holenderskimi wiatrakami. Dzisiaj spakowałam robotę do torby i poszłam na śniadanie do włocha, a tam - kobieta kupuje dziecku lody o jedenastej przed południem; za oknem wróbel siedzi na drewnianym płocie i robi kupę. Bary to dobre miejsca, bo ludzie na ogół przychodzą tam z dobrych pobudek: po pierwsze, żeby jeść i pić, po drugie, żeby być z innymi ludźmi (co już jest nieco wyżej w piramidzie potrzeb). Potem zjawiają się dwie energiczne babcie - niechybnie zażywały sportu i rekreacji - obie w białych adidasach, jedna w fantastycznym biało-czerwonym dresie. "Jak tu dużo młodzieży, bardzo mi się podoba", chociaż szczerze mówiąc, nie licząc obsługi i chińskiego trzylatka mogłam naprawdę być tam najmłodsza. Zamawiają świeże soczki i piją - przez słomki! - rozmawiając jak dwie świetne kumpelki, a nie jak starowiny żonglujące podagrą i artetyzmem. "My lubimy sobie zamówić po dwie rzeczy" - po soczkach nadchodzi główne danie, pierożki w różowym sosie i zawiniątka ze szpinakiem, moje ulubione. "Tak, pyszne, pyszne! Bardzo nam smakuje." Do obiadu jedna ma piwo, a druga coś przezroczystego, może gin (jest południe). Ta w biało-czerwonym dresie mówi: "Zjedzmy do połowy, a potem wymienimy się talerzami". A potem od tej drugiej dostaje prezent na Wielkanoc - "To jest kacze jajo, prawdziwe kacze jajo, ręcznie malowane!" Ona nic nie ma dla tamtej, ale to nie szkodzi. Muszą tu częściej przychodzić. Wychodzę, a po całym osiedlu rozpełzły się koty. To o wiele lepiej niż gdyby paradowały tu same wybłyszczone bigle i rodezjany. Wylazły z tego mieszkania na parterze z dużym balkonem i ogródkiem. Mieszka ich tam chyba kilkanaście i siedzą zawsze przed blokiem - to znaczy wtedy, kiedy jest możliwość nie zamarznąć. Wygląda to jak zwariowany kolaż, na którym ktoś poprzyklejał nieruchome figurki kotów w każdym zakamarku, na każdej powierzchni, wysokości i na każdym planie. Za duży sweter spada mi z ramion, ale to nic w taki dzień, kupuję sobie jabłka i gruszki i wracam do domu napisać o tym wszystkim na blogasku. wtorek, 30-03-2010 [14:37:27] | komentarze [5] | komentuj |
![]() |
|