| słodki zapach brudu | |
wrzesień 2007 |
|
|
2009 czerwiec 2008 grudzień 2007 grudzień 2006 grudzień 2005 grudzien
|
piekny mamy listopad tego wrzesnia po nieudanym lecie przyszla wczesna plucha. koniec golych stop opalonych w paski od japonek, g0lych ramion, pach, lokci i kolan przez ktore letni wiatr wsacza w nas zloty pyl kosmicznej energii. czas zakladac bawelniane skarpety (komplet szesciu par we wszystkich odcieniach zieleni 29.90zl) i nosic zawsze w torebce taka specjalna skladana parasolke. zeby byc przygotowana na kazda ewentualnosc; deszcz, deszcz ze sniegiem, huragan. paulina ma taka w rozowe grochy i zawsze udaje, ze to straszny obciach. czas zalozyc kapote na grzbiet (czy przewidujecie granaty w jesiennej kolekcji?) i zawinac sie szczelnie, zabarykadowac, odgrodzic sie od bliznich w autobusie, z ktorymi normalnie chcielibysmy byc blisko by ich zjebac, skopac i zabic. teraz powstrzyma nas sztywnosc wielowarstwowego odzienia. dla lepszego efektu koniecznie sluchac w tym autobusie muzyki. juz sie mozna zastanowic nad jesiennymi plytami (przy zakupie przekraczajacym kwote 150zl przesylka kurierska gratis) albo kompilacjami, jeszcze lepiej. cos zeby zgnoic sie melancholia do reszty. przyda sie jakas empetrojka (sony nw-e305 269 zl) i hustka na szyi nasaczona jesiennymi perfumami: przyprawy korzenne, gorzka czekolada i wanilia zrownowazona wytrawnoscia wilgotnego lasu (kupon znizkowy 40%). pamietajmy tylko, ze zakupy nie uchronia nas przez bolem istnienia ani nie dodadza uroku osobistego. wtorek, 04-09-2007 [10:45:12] | komentarze [12] | komentuj poszlam do kontrolera fin. zeby mi dal moje papiery personalne, zebym se mogla spisac to i owo do jakiegos glupiego formularza z urzedu skarbowego. czwartek, 06-09-2007 [12:47:13] | komentarze [4] | komentuj dzisiaj okazalo sie, ze jestem uznana za biurowego ekologa. no sorry, co w tym wielkiego ze jem na tzw. lunch miche salatki, a nie ekspresowe spagetti z kubka knorra? no bo skoro wszystko i tak jest dzisiaj skazone, to po co jesc warzywa, jesli mozna zjesc kubek knorra? do rangi sensacji urosl fakt, ze kilka dni z rzedu przynosilam sobie z domu duszona cukinie, ale miarke przebralam dzisiaj siemieniem lnianym. to moje siemie jest zreszta calkiem nieekologiczne, bo zawiera cukier i aromat pomaranczowy. no ale i tak nie wiem, o co chodzi. jesli ktos je parowki z serem zoltym z mikrofali, to chyba raczej on jest gownozerca niz ja ekologiem. piątek, 07-09-2007 [14:04:50] | komentarze [6] | komentuj ekologia cd (dziekuje za siatke) jesli chcemy choc w minimalnym stopniu dbac o siebie i srodowisko naturalne, ktorego jestesmy czescia to mamy do pokonania przeszkode za sto punktow. i naprawde nie chodzi o to, zeby rzucac sie natychmiast w kierunku lasow deszczowych i ratowac drzewa czy cos, ale robic te malenkie codzienne rzeczy, ktore kompletnie nic nas nie kosztuja, a wiele znacza. ja usiluje nie przyjmowac stu piecdziesieciu idiotycznych plastykowych torebek za kazdym razem, kiedy robie zakupy i naprawde to jest przeszkoda na skale pokonania tego wielkiego grubego wodza w ostatnim etapie wolfensteina. nie ma kurwa, ze nie bierzesz torebki, nie nie nie nie nie nie nie, nie mozna nie wziac torebki, to sie po prostu nie miesci w ludzkim wyobrazeniu, nie nie nie nie, torebke trzeba miec, im wiecej tym lepiej, pomidor do torebki i cytryna do drugiej torebki a wszystko razem do jeszcze wiekszej torebki, najlepiej do dwoch naraz, dla pewnosci, nie nie nie, torebka jest obowiazkim konsumenta, a wlasciwie przywilejem, z ktorego nie mozna zrezygnowac. nie macie pojecia, ile to nastrecza trudnosci. po prostu spoleczenstwo ma swoje naturalne mechanizmy obronne przeciwko kazdemu najmniejszemu odchyleniu od normy, a odmowa torebki niewatpliwie jest odchyleniem, ktore spoleczenstwo musi zniwelowac. slowa "dziekuje za torebke" stoja mi juz kolkiem w gardle. jeszcze za moich czasow chodzilo sie do warzywniaka z wlasna siata i pani bozenka wszystko do niej wsypywala, cebule, papryke i jablka jak leci i nie bylo problemu, a pani bozenka na pewno nie byla po specjalnym szkoleniu z bezsiatkowych zakupow. no a potem pojawily sie darmowe torebki lsniace zachodem i zrobil sie problem. i teraz pani arleta i pani sandra kompletnie nie rozumieja, ze z chwila bezcelowego wpakowania dwoch cytryn do osobnej siatki produkuja smiec, ktory bedzie trwal i zasmiecal swiat przez nastepny miliard lat, a ich dzieci, splodzone z dawidem beda mialy alergie juz w stadium embrionalnym albo w ogole sie nigdy nie urodza. otoz kiedy klade pani sandrze na wadze trzy pomidory i mowie "dziekuje za torebke" to nie nie nie, to niemozliwe, bo jej bedzie niewygodnie. kiedy one juz leza na wadze i waza sie i wystarczy po prostu nakleic cene i wrzucic je do mojego koszyka, to bedzie niewygodnie. zeby bylo wygodnie trzeba je zdjac i wsadzic w siatke i znowu polozyc na wadze i zwazyc. w siatce na pewno waza sie zupelnie inaczej i jest wygodnie. marcin mowi, ze musze nalegac stanowczo, bo pani sandra na pewno uwaza, ze ja nie chce torebki, bo jestem taka miesmiala i skroma, a pani sandra jest goscinna, wiec mi jednak te siatke podaruje. a mi sie wydaje, ze sandra musi sobie zresetowac mozgownice, zeby w ogole moc najmiejszy drobiazg wykonac inaczej niz zazwyczaj. mam u siebie w warzywniaku takie panie, ktore sa mile i juz zrozumialy, ze jestem dziwakiem i waza moje cukinie bez siatki, a potem naklejaja na nie cene i okazuje sie, ze to wcale nie jest takie trudne, trzeba tylko wyjsc naprzeciw klientowi z dysfunkcja psychospoleczna i po sprawie. potem ja wrzucam wszystko razem do specjalnej torby, ktora sobie biore z domu i jestem bardzo zadowolona, ze nie wyprodukowalam kupy smieci. ale niech tylko pojawi sie w warzywniaku jakas nowa niunia to nie nie nie jej jest niewygodnie i musi byc siatka i caly trud mozolnej edukacji musze zaczynac od nowa! albo w multikinie, kiedy kupuje bilety i wciskaja mi za kazdym razem jakas kupe makulatury i powiem "dziekuje za ulotki" to nie nie nie nie nie, musze wziac te ulotki "no ale ja nie chce tych ulotek" ale nie nie nie to jest tutaj obowiazek wreczenia ulotek i obligatoryjnie nie mozna nie dac ulotek, a za chwile moge je sobie wyrzucic do smietnika jesli chce, ale teraz musze ulotke przyjac i juz! i jestem potem wkurwiona i cos mi mowi, ze ten wkurw moze bardziej szkodzic mojemu zdrowiu i swiatu niz ulotki i torebki naraz. poniedziałek, 10-09-2007 [13:02:12] | komentarze [10] | komentuj za trzy godziny jade na romantyczny weekend do budapesztu, wiec geba mi sie smieje do wrzesniowego sloneczka za oknem i jestem strasznie podekscytowana. dlatego powiem wam wiersz: zrób zakupy, wygraj kupon i otrzymaj dupe z kupą piątek, 14-09-2007 [13:15:44] | komentarze [4] | komentuj paulina mi powiedziala, ze pewien niszowy artysta napisal cos w stylu, ze trzeba uwazac, zeby cale zycie nie uplynelo nam na sprawach tymczasowych. ostatnio gadalismy z marcinem, ze na przyklad wielu ludziom wciaz wydaje sie, ze tymczasowo maja kociol w pracy i musza zostawac po godzinach, ale juz w przyszlym tygodniu bedzie dobrze i pojda na piwo, a potem sie okazuje, ze to tymczasem trwa dziesiec lat i jak wiadomo z filmow fabularnych, tymczasem nie wypili piwa, ich dzieci dorosly, spadl kurs papierow wartosciowych, a zona odeszla do swojego osobistego instruktora jogi. poza tym nie moge narzekac, bo ognisko domowe plonie wesolym, jasnym plomieniem, a to chyba najwazniejsze, co nie? środa, 19-09-2007 [13:25:15] | komentarze [15] | komentuj ale mnie rozczulil tym wpisem. ten chlopak jest tak slodki i dobry, ze mozna by z niego zrobic mega porcje tiramisu. albo takiego placka pomaranczowo-cytrynowego z waniliowymi lodami i kropla mietowego sosu, co sprzedaja na starowce w budapeszcie po 6 euro. w zyciu czegos takiego nie jadlam. czwartek, 20-09-2007 [18:58:01] | komentarze [0] | komentuj a propos tej pozornej tymczasowosci czyli tego, ze pewne sprawy wydaja nam sie przejsciowe, a jednak trwaja latami i nic z nimi nie robimy. wlasciwie codziennie jestem niewyspana i wydaje mi sie zawsze, ze jest ku temu jakis szczegolny powod, jakaś sprawa incydentalna. a to kac, a to zasiedze sie przy kompie albo pogaduszki wieczorne z malzonkiem, ze sie zagadamy do polnocy, a na drugi dzien snuje sie po biurze gdzies do dwunastej jak gowno w przereblu i zawsze wydaje mi sie, ze jest to stan wyjatkowy, spowodowany czyms szczegolnym. takie myslenie oczywiscie oddala motywacje do zmian, bo przeciez gdybym spytala siebie, czy przez cale zycie chce byc niewyspana, to musialabym odpowiedziec sobie, ze nie, nie chce byc przez cale zycie niewyspana i do dwunastej i nie chce codziennie wstawac z lozka kwadrans przed planowanym wyjsciem i nie chce w amoku rozkladac deski do prasowania, zeby wysztyftowac sobie jedyna czysta bluzke i omal sobie przy tym wszystkim oka tuszem nie wylupic. a wtedy musialabym podjac jakies dzialania zapobiegawcze. jednak wcale nie pytam siebie, czy chce byc przez cale zycie niewyspana, bo za kazdym razem wydaje mi sie, ze to tylko dzisiaj wystapil taki stan awaryjny, wyjatkowy. bylam kiedys na szkoleniu na temat czasu i te panie powiedzialyby, ze ciagle zycie w stanie awarii to najgorsza opcja. a gdybym spytala siebie czy chcialabym codziennie wstawac wyspana i leniwie zjadac pyszne sniadanie a moze i wykonac kilka sklonow, to musialabym sobie odpowiedziec, ze owszem, chcialabym codziennie wstawac wyspana i leniwie zjadac pyszne sniadanie a moze i wykonac kilka sklonow. ale nie pytam siebie o to z wyzej wymienionych powodow, a wiec nie mam szans na poprawe swojej kondycji zyciowej. i tak nieumiejetnosc globalnego spojrzenia na problem, uniemozliwia nam ordnung i organizacje. poniedziałek, 24-09-2007 [12:07:59] | komentarze [16] | komentuj |
![]() |
|