słodki zapach brudu
 

listopad 2005

kochany pamietniczku, oto kilka biezacych spraw:
1. rzekomy sukces zdobycia pracy z ogloszenia i bez protekcji do reszty ulega dewaluacji wobec najnowszych wynikow autorskich badan psychologicznych, przeprowadzonych metoda empiryzmu interakcyjnego na calym zespole zatrudnionych. moi wspolpracownicy sa bowiem banda kretynow, wariatow i zyciowych nieudacznikow, co wyjasnia moje miejsce wsrod nich. ela-bezdzietna 45letnia, samotna, oscylujaca miedzy joga a niezrownana pazernoscia na zloto, wlos czarno farbowany do posladkow, paznokcie ok. 75 mm zastrugane w szpic, trup czarnego skorpiona w zalewie noszony jako amulet, wizualne inklinacje w kierunku kina grozy. cpun/bioenergoterapeuta-wzrok wskazujacy na inhalajce THC w relacji z tlenem 2:1, bialy krysztal o ksztalcie fallicznych jako amulet, balwochwalstwo, mitomania, wazelina. szofer/logista-czysty egzemplarz trzody w miescie o psychice trwale skrzywionej surowym wiejskim wychowaniem i doswiadczeniami w wojsku, wyznawca kontrowersyjnych pogladow politycznych i futbolowych ( lepszy cham od inteligencika, strzelenie karnego w srodek to murowany sukces ). dodam, ze moi wspolpracownicy przejawiajaca nieuzasadniona tendencje do klamania i wybuchow histerii oraz zlosci,  wskazujaca na zaburzenia osobowosci. na czele tej menazerii stoi wodz, barylowate uosobienie anglosaskiego plebsu z kolczykiem w jednym uchu, duzym karkiem i lysym lbem.
wczoraj wyliczylam pani eli stosunek procentowy powierzchni jednej reklamy do drugiej, bo nikt inny nie potrafil. ksiegowy tez nie. to ostatecznie potwierdzilo tragizm mojej sytuacji.
2. stosownie do wynagrodzenia, dni w pracy spedzam glownie na czytaniu roznych niusow. czytanie wprawdzie wywoluje impuls emigracyjny, lecz nie rzucim ziemi skad nasz rod, a w kazdym razie juz by mi sie nie chcialo kolejny raz.
3. nie sposob przejsc dwoch przecznic marszlkowska, zeby nie zaczepil mnie akwizytor-hare-rama. dzieje sie to za kazdym razem. kiedy indziej na przerwie siedzialam na lawce na pigalaku czytajac ksiazke, kiedy jeden z nich spytal mnie, czy moglabym sobie pojsc z lawki, bo on tu z kolega by chcial.  chcialabym zeby wszyscy poki co mogli sie ode mnie odpierdolic.
4. nie potrzebuje codziennej socjalizacji. jestem na to dalece zbyt wrazliwa. ludzie wsaczaja we mnie swoje podle emocje, co mi szkodzi na uklad. chcialabym zamknac sie w domu i widywac tylko osoby ktore darze afektem, ewentualnie sympatia.
5. sa tez dobre aspekty tej jesieni. moj chlopak tez ma dola, dzieki czemu swietnie rozumie narastajacy we mnie wstret, kryzys egzystencjalno-zawodowy i aspolecznosc. czasem rysuje o mnie komiksy i swietnie sie bawimy. czasem puszcza mi piosenki i pije ze mna redwajn, je winogrona i glaska mi plecy. czasem jest wolny dzien i nie myslimy o nastepnym.

środa, 02-11-2005 [21:50:59] | komentarze [0] | komentuj


wracalam do domu pozno i kurewsko glodna po mineralce i mandarynkach. w remie kupilam warzywa w roznych kolorach, piwo slaskie ksiazece i sol do kapieli algi morskie. szlam dalej w myslach komponujac kompozycje wielosmakowe i zapachowe w roznych bukietach i wachlarzach, az otworzylam z klucza drzwi mojego domu mojej fortecy, weszlam do kuchni, a tam po blacie zapierdala karaluch i juz mial zakitrac sie w jakas szpare, kiedy reka boska dosiegla go w tym mgnieniu nieksonczonosci, w okruchu czasu w kaprysie losu i zajebalam go butelka octu jablkowego kamisa. potem wzielam ze smieci siatke i pusta saszetke po maseczce miodowo-migdalowej daxa, ktora przy okazji polecam wszystkim paniom, i zgarnelam karalucha saszetka, a kiedy nabieralam trupa, ten nerwowo poruszal klaczami. wyszyscilam dokladnie blat kuchenny, ale wiedzialam juz ze smierc przeszla pomiedzy mna a karbowana salata i nic juz nie bedzie takie jak wczesniej.

czwartek, 03-11-2005 [20:27:58] | komentarze [17] | komentuj


wczoraj moj maz z lekcji angielskiego przyniosl jakies kserowki z czyms, co mozna nazwac horoskopem numerologicznym, to znaczy liczyl sie dzien urodzienia, w moim przypadku liczba 23. czytalismy sobie na glos charakterystyki nasze i roznych znajomych i wyszlo ze wszyscy sa indywidualistami, artystami, odkrywcami, pisarzami, neurotykami, pijakami i erudytami o niezmierzonych mozliwosciach wyobrazni i intelektu, ja natomiast bylam zasadniczo praktyczna. zbyt praktyczna na kontakt ze sztuka, lecz posiadajaca predyspozycje do kariery w sluzbie zdrowia. potwierdzil to ostrowski, przyznajac, ze znam sie na zdrowym jedzeniu i takich tam sprawach w stylu baklazan, cukinia, aromaterapia.
mialam sie juz pogodzic z faktem, ze jestem osoba nudna, pozbawiona szczegolnych zalet i szczegolnych wad, kiedy mi sie przypomnialo ze bywam dosc kontrowersyjna, biorac pod uwage moj znikomy wklad w zycie publiczne. np. kolezanka robi wpisa i nic zlego sie nie dzieje, ale wystarczy ze ja jej skomentuje, przyznajac jedynie racje, a juz ktos grzmi i ciska we mnie piorunami. zbzikowane stare panny prosza o pisanie dla nich felietonow do ich fantomowych czasopism, a niepozorny wpis o smutnej smierci karalucha wywoluje gleboki i pouczajacy dyskurs filozoficzny.
moi kochani, ciesza mnie wasze zywe reakcje. niech beda one znikomym chocby dowodem moich cech szczegolnych, wynoszacych mnie ponad szary jak krochmal mit o statystycznym koziorozcu. jedno wiedzcie, patrze na to wszystko z lagodnym usmiechem matki boskiej.

piątek, 04-11-2005 [15:46:55] | komentarze [10] | komentuj


moze dlatego ze marcin przed snem czytal mi nowego mikolajka, snilo mi sie potem ze patrycja zaprowadzila mnie do wielkiego przedszkola i tam rozmawialam z pania, ktora miala ocenic, czy nadaje sie do dzieci. w tym celu zlapala moj nos w specjalne szczypce, co troche bolalo, ale cieszylam sie, ze nie caly nos sie w te szczypce zmiescil, bo wiedzialam, ze ludzie z bardzo chudymi i spiczastymi nosami nie nadaja sie do dzieci. potem pani na podstawie wyniku badania nosa mieszala jakies mikstury w menzurkach, a kiedy w jedej z nich rosla i kipiala fioletowa pianka, powiedziala mi, ze jestem bardzo zdolna i umiem wymyslac rozne rzeczy z kalafiora. ucieszylam sie ze ma racje, bo przypomnialy mi sie zapiekanki z kalafiora, ktore kiedys robilam, a jedna z nich, zdaje sie, pochwalil sam kibuc bojembaum. potem pani powiedziala tez, ze mam chorobe ukladu oddechowego i troche sie zmartwilam, czy to nie zaszkodzi dzieciom.
zreszta, moze to wszystyko przez dzidziusia z nawilzacza. bo kupilismy sobie elektryczny nawilzacz powietrza na ultradzwieki, zeby nie miec kaszlu i zmarszczek. i na pudelku od nawilzacza jest zdjecie wesolego dzidziusia z mama. puste pudelko stoi za drzwiami w salunie, ale marcin bardzo polubil dzidziusia i czesto do niego zaglada i wyjmuje go zza drzwi, zeby mi pokazac, jaki jest fajny. na poczatku troche sie martwil, ze wszyscy urodzilismy sie takimi ufnymi dzidziusiami, a potem spotkala nas kupa gowna i duzo plakalismy z powodu ludzi, ktorzy kiedys tez byli niewinni i chcieli robic dobrze. marcin ma nadzieje ze dzidziusia nie bylo na slowacji, kiedy byl ten straszny huragan, ale ze siedzi w USA i wszystko jest u niego dobrze.

czwartek, 10-11-2005 [10:15:08] | komentarze [0] | komentuj


to mnie dzisiaj wkurwia:
1. Konrad Ciesiolkiewicz: "Kwestie rownouprawnienia nie wymagaja osobnego urzedu"
2. Pelnomocnik ds. rodziny i kobiet zamiast feminazistowsko brzmiacego pelnomocnika ds. rownego statusu kobiet i mezczyzn.
3. Nasz Dziennik: "Po ideologicznej ofensywie wojujacego feminizmu najwyzszy czas na opamietanie. Publiczne pieniadze nie moga byc dalej trwonione na niszczace tkanke moralna rodziny, a w konsekwencji calego spoleczenstwa, poprawne politycznie, doktrynerskie eksperymenty".
4. Trener Niemczyk dla GW: "Ile to razy sie zdarzalo sie trener pracujacy wczesniej z mezczyznami przy kobietach padal na pysk. Dziewczyny podchodza do siatkowki jak do codziennego zycia, gdzie musza zrobic zakupy, obiad, zadbac o dzieci, nakarmic je , wykapac."

wtorek, 15-11-2005 [11:57:59] | komentarze [41] | komentuj


rano w tramwaju nr 4 stoi obok mnie dwoch policjantow. w tramwaju wygladaja niemal jak normalni ludzie, tyle ze w mundurach i z niebezpiecznymi narzedziami przy pasku. od razu mysle, ze to jakies karki, co marzyly tylko, zeby moc wozic sie po miescie, ale potem slysze jak mowia, ze w auchan promocja, costam costam 3.89 zl kilo, niedawno bylo jeszcze 3.99 zl. zastanawiaja sie czy to tak przed swietami tylko i czy po nowym roku bedzie znowu drozej, cztery zlote z czyms i co mowi minister finansow. mysle wtedy, ze moze oni jednak bardziej zajeci sa tym, zeby zona miala za co usmazyc schabowych.
w tramwaju sa tez dwie uczennice. jedna z twarza w pryszczach trupio wysmarowana zbyt jasnym korektorem. beda mialy klajde z bezkregowcow. ja przez te pare lat osiagnelam chociaz tyle, ze teraz za robienie rzeczy, ktorych nie lubie, dostaje pieniadze, a do tego nie mam klasowek.

poniedziałek, 21-11-2005 [13:12:20] | komentarze [2] | komentuj


kochany pamietniczku,
moj chlopak jest niesamowity i ma mnostwo plyt, ktore sa super i ktorych pozwala mi sluchac. Dzis ranow tramwaju sluchalam mercury rev "deserter's songs":

catskill mansions buried screams
i'm alive she cried but i don't know what it means

wtorek, 22-11-2005 [11:12:40] | komentarze [1] | komentuj


jedno wam powiem, dzis mijaja dwa lata od kiedy zaczepilam mego narzeczonego marcina w jednej z niszowych knajp, gdzie odczytywal swoja proze na glos publicznie, posrod dymu z gauloises blondow i westchnien podnieconych psychofanek w glebokich dekoltazach. tam zaproponowalam mu szklaneczke bourbona w mojej prywatnej alkowie w moim studio, na co on sie zgodzil i od tej pory zyjemy dlugo i szczesliwie. jemu dedykuje ten wpis na dowod mego afektu i mej przyjazni, z wyrazami szacunku, posluszenstwa i wiernosci w zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i ubostwie, w sloncu i na deszczu, co podpisuje niniejszym wlasna krwia,
marta

czwartek, 24-11-2005 [14:08:07] | komentarze [12] | komentuj


czesc, z okazji naszej rocznicy przedstawiam wam moje przygody. rysuje marcin ostrowski. a czasem ja.

czwartek, 24-11-2005 [21:51:43] | komentarze [0] | komentuj


dzisiaj marcin ma wolne. budzik dzwonil z tysiac razy i jak patrzylam jak on dalej beztrosko lezy w pierzynach, postanowilam zwagarowac, zeby bylo sprawiedliwie. napisalam angolowi maila o tym, jak podle sie czuje, co w sumie zaraz przestalo byc klamstwem, bo z nerwow rozbolal mnie brzuch i zachcialo sie rzygac. taki ze mnie cwok, ze biore wolne zeby bylo fajnie, a potem siedze i nieomal rzygam ze zmartwienia. marcin zamiast spac, denerwowal sie  myslac o tym, czy juz jacys klienci dzwonili na sluzbowa komorke, ktora jest wylaczona i jakie beda mieli sprawy do zalatwienia. czasem az mi nas zal.
wczoraj gadalismy o tym, ze gdyby czlowiek lubil swoja prace, nie dzielilby czasu na zly i dobry, przez co zawsze jest przegrany, bo dobry leci za szybko,  a zly za wolno. to znaczy, jesli trzymasz sie kurczowo czasu, to ani sie obejrzysz, a on ucieka, jak jakas  lesna nimfa. no a kiedy chcesz, zeby tylko mijal, on niemal stoi w miejscu, zebys sie meczyl. tak juz jest i bedzie. dlatego trzeba przestac tak bardzo chciec. w niedziele wieczorem wyliczamy wszystkie rzeczy, ktore zrobilismy przez dwa dni, zeby napelnic ten czas trescia i chocby w swiadomosci uczynic dluzszym. zakupy, sprzatanie, sniadania, obiady, ciasto, wizyta mamy m., ksiazka, mecz.
tymczasem wyszlo slonce i rozswietlilo szaruge, a angol z pracy odpisal mi ze ok. czuje sie jakbym wygrala troche tego czasu na loterii. zdarza sie, ze jak ide do pracy, wyobrazam sobie ze mozna przejsc przez specjalne wrota czasu i wlezc w jakis inny wymiar, gdzie wszystko mogloby byc tak samo, ale zamiast do pracy mozna by isc na spacer, albo gdzies poczytac gazete przy kawie i rogalu, albo po prostu do domu i oblozyc sie swoimi skarbami; dzbankiem herbaty, programami o zwierzetach i podrozach, jakas ksiazka. naprawde nie tak wiele mi potrzeba, a dzisiaj sie udalo.

poniedziałek, 28-11-2005 [10:10:09] | komentarze [4] | komentuj


poszlam do altka kupic cos na sniadanie. kupilam sery, bagietki i szynke ( szynke! ). w altku lecialo joe le taxi vanessy paradis. zrobilo sie slodko. jak jadlam grzanki z bagietek,  serow i szynki, joe le taxi juz sie sciagalo. potem bylam bardzo dumna i chcialam to pokazac m. , ale okazalo sie ze on to juz ma na dysku E, w pliku various, od lesia ma. no i tak to.

poniedziałek, 28-11-2005 [13:14:44] | komentarze [2] | komentuj


wczorajsze wagary to bylo cos. weekend to jedno, ale wagary to calkiem inna sprawa, luka w czasie. w weekend robi sie zakupy i rozmysla o tym, ze trzeba by odkurzyc, probuje sie ogarnac caly syf nagromadzony w tygodniu, wyciaga skarpety spod lozka, wyrzuca sterty starych gazet i butelki po piwie. oczywiscie nie trzeba tego robic, ale czlowiek woli miec juz z glowy. no a na wagarach nie robi sie w ogole niczego takiego. zamiast tego mozna sie niezle wysztyftowac do siedzenia w pieleszach, wyperfumowac ta sama escada, co na pierwszej randce i zaraz oboje myslimy ze jest dokladnie tak samo jak na poczatku, kiedy dla siedzenia w pieleszach jezdzilismy do k. i mielismy za darmo tyle energii, dystansu i swiezosci spojrzenia. czlowiek byl pelen zachwytu i chlonny na drobiazgi w stylu spacer na sniegu, ruskie pierogi, fajna plyta i jakie on ma ladne dlonie. jasne ze teraz te rzeczy tez sa fajne, ale czasem potrzeba wagarow, zeby je znow wyraznie zobaczyc czy uslyszec.

m. mowi, ze jego starzy nie sluchali za bardzo muzyki. moi owszem, choc czasem nie bylo na czym. jak jeszcze siedzialam w brzuchu sluchalam duzo ELO z kasety mojej mamy. nie mylcie tego z hemp gru, bo chodzi o electric light orchestra. jeszcze jako smarkula to sobie puszczalam, bo nie mialam duzego wyboru, a winyle z panem kleksem i stenia kozlowska w koncu mi sie znudzily. byla tam taka piosenka "telephone line" i na poczatku niby przez telefon pan spiewa do sluchawki glosem kolesia, co to potrafi plakac i w ogole jest szalenie wzruszajacy " hello-how are you/have you been allright through all those loonely looonely looonely looooonely nights". marzylam sobie wtedy, ze kiedys ktos tak do mnie bedzie mowil, niekoniecznie po angielsku. te kasety byly cale nieprzezroczyste, z chropowatego, siermieznego plastyku. byl tez elvis tatka i t.rex mamy. "yeah I'm your boy, your 20th century toy". ona wolala stonesow od beatlesow. pochodze z proletariackiej rodziny, tatko znal wszystkich huliganow z zoliboza i musze przyznac ze nie nasiakalam za mlodu jazzem.

jak gadalismy o tym, naszedl mnie taki lust for soulseek, ze posciagalam te wszystkie piosenki ELO, t.rexa, nawet cos beatlesow, pink floydow i aqualunga jethro tull. tak to jest na wagarach, czlowiek jara sie piosenkami, chce mu sie pisac bloga, przychodzi do glowy duzo pomyslow, duzo historyjek, ponoc nawet zaczyna inaczej wygladac. postanowilismy, ze postaramy sie zawsze tacy byc.

wtorek, 29-11-2005 [12:11:29] | komentarze [14] | komentuj