| słodki zapach brudu | |
| wcześniejsze wpisy / | |
2009 czerwiec 2008 grudzień 2007 grudzień 2006 grudzień 2005 grudzien
|
Lubię zakwasy po jodze, w najdziwniejszych miejscach, o których w ogóle nie wiedziałam, że istnieją. Lubię przesuwać granicę bólu, jak mi się nogi rozjeżdżają po śliskiej podłodze; rozciąganie ścięgien, bo nie da się wtedy myśleć o niczym innym i wszystko zatrzymuje się w jakiejś pustce i ciężkim oddechu; jak mnie palą uda i zdaje się, że nie ma mowy, ale gram w taką grę, że jeśli wytrzymam, to może stać się cokolwiek, choćby niemożliwe i wytrzymuję. Lubię, jak potem wracam, i mi drżą kolana na schodach do metra. A na drugi dzień bolą mięśnie, takie nieodkryte, gdzieś w głębokich czeluściach, pod spodem, piąta przecznica za kręgosłupem, różne tajemnicze bebechy, stawy, łącza, mięso. Lubię czuć te wszystkie flaki, że jej mam, życie. poniedziałek, 08-02-2010 [20:46:52] | komentarze [2] | komentuj Oleander wypuścił nowe jasnozielone pędy, a ja nabrałam ochoty na chrupiącą sałatę pełną chlorofilu. To znaczy, że pod ziemią zaczyna kluć się wiosna. piątek, 05-02-2010 [13:54:42] | komentarze [6] | komentuj Wczoraj cały dzień spędziłam z Pauliną w jej domu, a jednak postanowiłyśmy część czasu przeznaczyć na ubolewanie, czemu kobiety, kiedy już znajdą stałego partnera, tak drastycznie ograniczają czas poświęcany przyjaźni z innymi kobietami i czemu, kiedy twoja przyjaciółka singielka znajduje sobie chłopaka, to oprócz cieszenia się jej szczęściem i takich tam altruistycznych odruchów, często czujesz też, że można już ją wywalić z książki adresowej. Albo mniej dramatycznie: to se ne vrati, długie wieczory, siedzenie, łażenie bez celu (a ludziom sentymentalnym trudno się z tym pogodzić i jakoś tak tao zen zaakceptować przemijanie, zmiany i że teraz już będziemy mieć dzieci zamiast palić skręty w parku saskim). niedziela, 31-01-2010 [15:53:29] | komentarze [23] | komentuj Marcin mi doniósł, że 90% morderców nie czyta książek, a 90% gwałcicieli nie onanizuje się. W imię zdrowego społeczeństwa poświęćmy szczególną uwagę obu tym satysfakcjonującym i wzbogacającym wewnętrznie czynnościom. Z powodzeniem można je wykonywać równocześnie. Jednym w tym celu dobrze posłuży Anais Nin, innym francuscy strukturaliści. piątek, 29-01-2010 [10:35:28] | komentarze [4] | komentuj Hej dzieciaki, postanowiłam zostać fanką vintage porno. czwartek, 28-01-2010 [19:54:31] | komentarze [3] | komentuj Hej, słyszeliście, że pisanie na blogarcie jest znowu indie? To może też wam o czymś tu napiszę. Chociaż naprawdę, dyrektor mógłby zrobić tak, żeby przynajmniej było widać *pasek narzędzi tekstowych*! No ale w sumie może być. Zimowe igrzyska na atari też na pewno są indie. Jeśli mam powracać, to proponuję w starym stylu okropnego człowieka, który szydzi z całego świata, jego osobowość jest żałosna, zdradza kompleksy, można bardzo łatwo ją przeanalizować i zdiagnozować psychologicznie, jeśli przeczytało się chociaż jedną książkę wydawnictwa Santorski (i nie był to kryminał). Jest w końcu tyle rzeczy nie wymagających myślenia, które jednocześnie nie są wcale godne pogardy. Na przykład "Gotowe na wszystko" albo patrzenie przez okno. Te staruszki, które kiedyś nie robiły nic innego, tylko patrzyły przez okno musiały mieć o wiele bogatsze życie wewnętrzne niż te staruszki dzisiejsze, które nie robią nic innego, tylko oglądają seriale, których głównym bohaterem jest zazwyczaj Juan Carlos. Ale to jak wiemy, wiąże się z naszymi maniakalnymi czasami przymusu bezustannej ekspozycji na bodźce. W końcu dla wielu ludzi najgorsza rzecz, jaka może się przydarzyć, to zostać samemu ze sobą w miejscu, w którym nic się nie dzieje. I o co chodzi w ogóle z tym tłumaczeniem się z niechęci do myślenia? Myślenie naprawdę niewiele wnosi. Ale tam wcale nie chodzi o niemyślenie tylko o myślenie o Marcie Żmudzie-Trzebiatowskiej i czy Adamczyk Piotr pokocha ją, czy tylko wyrucha. Bo przecież najwyższy stopień oświecenia to kompletna pustka i absolutne niemyślenie, to ustalono, więc naprawdę nie ma z czego się tłumaczyć. Może niech niemyślenie będzie indie. środa, 27-01-2010 [19:15:02] | komentarze [20] | komentuj Kochana, Lizbona jest cudowna, trudno właściwie ją w skrócie opisać. To prawdziwy kraniec Europy, trochę jakby się tam czas zatrzymał. Jest nowoczesność, ale w taki subtelny, nieinwazyjny sposób. Na ulicach nie rzucają się w oczy nowe trendy, ludzie noszą się skromnie i zwyczajnie. Nawet trochę staroświecko - faceci zawsze w długich spodniach, starsi w koszulach. Jak zobaczysz szorty, to wiadomo, że turysta. W czasie wczesnego obiadu i kolacji całe miasto nagle zaczyna pachnieć dymem i grillowaną rybą. W knajpianej dzielnicy Bairro Alto wieczorami ludzie po prostu stoją z piwem na ulicy albo siedzą na krawężnikach. Wszystko bezpretensjonalne i zwykłe: kawa z mlekiem nie ma żadnej pianki, na talerzu dostajesz furę mięsa i ziemniaki albo frytki a do nich jeszcze ryż, trochę sałaty, pomidora, cebuli i tyle. Żadnych dekoracji ani wymyślnych dodatków. Ale nawet cebula jest pyszna i słodka. No i mają tam najlepsze ciastka na świecie, z migdałami, z cynamonem. A jak poprosisz o herbatę, to często nie wiedzą, o czym mówisz. Może ice-tea? A może wydobędą z najciemniejszego kąta zleżałą torebkę rumianku. Starsi ludzie siedzą wciąż w tych barach i kawiarniach, nie są tacy wykluczeni jak u nas. A w barach zupełny brak dbałości o nastrój - białe oświetlenie, stoły plastikowe albo aluminiowe, lada, w której pucharek z budyniem stoi obok kawałka mięsa i nikt się nie przejmuje, jednorazowe papierowe obrusy (hurra, można wszystko ubrudzić), ale i tak jest przyjemnie. Do obiadu oczywiście karafka wina. I powalające, zakurzone piękno miasta. Wszystko misternie zdobione, ale zniszczone. Może na zdjęciach to widać. Wrzucę ich jeszcze więcej, jak będę miała chwilę. Są tu http://www.flickr.com/photos/kimiko79/ Ale wiecie, co jest najważniejsze? Że wszystko jest tak białe od słońca, aż bolą oczy. Światło dnia jest całkiem białe, oprószone jasnym dymem z tych ulicznych wózków, w których pieką kasztany, a dopiero światło wieczora robi się złote. Rzeka nie jest niebieska, ale całkiem srebrna i roziskrzona. Choć domy są odrapane, brudnopastelowe, całe miasto lśni. Nawet kremowy bruk, gladki i śliski jak kostka lodu, odbija światło i lśni. piątek, 06-11-2009 [18:46:14] | komentarze [4] | komentuj To ostatni dzień lipca i mam ochotę schowac go do słoika. Chciałabym, żeby każdy miesiąc był znaczący; chciałabym pamiętac wszystko. Każdy z tych szczególnych wieczorów, kiedy nie działo się nic. Przejażdżki na rowerze i długie śniadania w ogródku u włocha, które ciągną się do obiadu. Wielkie ciabaty z łososiem, masłem i ogórkiem albo z grubymi plastrami mozarelli i że czytamy gazety i wcale nie musimy się do siebie odzywac. Pamiętam też, że w czerwcu pachniało rumiankiem, lipą i kiełbasą z grilla. Nie przypominam sobie, co było w maju i trochę się tego boję - to tak jakby miec kilka strzałów w lunaparku i jeden po prostu przeoczyc albo stracic jedno życie w grze o wysoką stawkę. Ale nie - w maju przecież pracowałam jeszcze w biurze i codziennie przechodziłam przez ten park przy placu Wilsona i bardzo uważałam, żeby nic nie uronic z wiosny. Nie wolno było jednak leżec tam na trawie. piątek, 31-07-2009 [22:03:21] | komentarze [5] | komentuj Paulina Szuflińska
dziecka nie wyciągniesz na jogging [...] Marta Bogacka i sobie z nim nie pochlasz Paulina Szuflińska właśnie! i to jest podstawowa wada dzieci. piątek, 31-07-2009 [12:00:47] | komentarze [6] | komentuj Kto dzisiaj prowadzi staroświeckiego bloga "o życiu", mydle i powidle w anachronicznym, ale miłym i swojskim serwisie blogowym przez pięc lat? Czy nie należało by się wyspecjalizowac i unowocześnic? Czy blogart umrze? No w sumie 14 osób wrzuciło coś w tym miesiącu (z czego zajrzałam do muna, kasi i tomkera). Co zrobic ze sobą w cyberprzestrzeni? sobota, 25-07-2009 [16:22:40] | komentarze [1] | komentuj |
![]() |
|