słodki zapach brudu
wcześniejsze wpisy /


Kochana, Lizbona jest cudowna, trudno właściwie ją w skrócie opisać. To prawdziwy kraniec Europy, trochę jakby się tam czas zatrzymał. Jest nowoczesność, ale w taki subtelny, nieinwazyjny sposób. Na ulicach nie rzucają się w oczy nowe trendy, ludzie noszą się skromnie i zwyczajnie. Nawet trochę staroświecko - faceci zawsze w długich spodniach, starsi w koszulach. Jak zobaczysz szorty, to wiadomo, że turysta. W czasie wczesnego obiadu i kolacji całe miasto nagle zaczyna pachnieć dymem i grillowaną rybą. W knajpianej dzielnicy Bairro Alto wieczorami ludzie po prostu stoją z piwem na ulicy albo siedzą na krawężnikach. Wszystko bezpretensjonalne i zwykłe: kawa z mlekiem nie ma żadnej pianki, na talerzu dostajesz furę mięsa i ziemniaki albo frytki a do nich jeszcze ryż, trochę sałaty, pomidora, cebuli i tyle. Żadnych dekoracji ani wymyślnych dodatków. Ale nawet cebula jest pyszna i słodka. No i mają tam najlepsze ciastka na świecie, z migdałami,  z cynamonem. A jak poprosisz o herbatę, to często nie wiedzą, o czym mówisz. Może ice-tea? A może wydobędą z najciemniejszego kąta zleżałą torebkę rumianku. Starsi ludzie siedzą wciąż w tych barach i kawiarniach, nie są tacy wykluczeni jak u nas. A w barach zupełny brak dbałości o nastrój - białe oświetlenie, stoły plastikowe albo aluminiowe, lada, w której pucharek z budyniem stoi obok kawałka mięsa i nikt się nie przejmuje, jednorazowe papierowe obrusy (hurra, można wszystko ubrudzić), ale i tak jest przyjemnie. Do obiadu oczywiście karafka wina. I powalające, zakurzone piękno miasta. Wszystko misternie zdobione, ale zniszczone. Może na zdjęciach to widać. Wrzucę ich jeszcze więcej, jak będę miała chwilę. Są tu http://www.flickr.com/photos/kimiko79/

Ale wiecie, co jest najważniejsze? Że wszystko jest tak białe od słońca, aż bolą oczy. Światło dnia jest całkiem białe, oprószone jasnym dymem z tych ulicznych wózków, w których pieką kasztany, a dopiero światło wieczora robi się złote. Rzeka nie jest niebieska, ale całkiem srebrna i roziskrzona. Choć domy są odrapane, brudnopastelowe, całe miasto lśni. Nawet kremowy bruk, gladki i śliski jak kostka lodu, odbija światło i lśni.

piątek, 06-11-2009 [18:46:14] | komentarze [3] | komentuj


To ostatni dzień lipca i mam ochotę schowac go do słoika. Chciałabym, żeby każdy miesiąc był znaczący; chciałabym pamiętac wszystko. Każdy z tych szczególnych wieczorów, kiedy nie działo się nic.  Przejażdżki na rowerze i długie śniadania w ogródku u włocha, które ciągną się do obiadu. Wielkie ciabaty z łososiem, masłem i ogórkiem albo z grubymi plastrami mozarelli i że czytamy gazety i wcale nie musimy się do siebie odzywac.  Pamiętam też, że w czerwcu pachniało rumiankiem, lipą i kiełbasą z grilla. Nie przypominam sobie, co było w maju i trochę się tego boję - to tak jakby miec kilka strzałów w lunaparku i jeden po prostu przeoczyc albo stracic jedno życie w grze o wysoką stawkę. Ale nie - w maju przecież pracowałam jeszcze w biurze i codziennie przechodziłam przez ten park przy placu Wilsona i bardzo uważałam, żeby nic nie uronic z wiosny. Nie wolno było jednak leżec tam na trawie.
Więc jest ostatni w tym roku wieczór lipcowy. Ale za to pierwszy raz od bardzo dawna jem kukurydzę w kolbach. I dokończę ją na balkonie, na który wynieśliśmy pościel i poduchy. Tam można leżec w spokoju i patrzec w niebo i nikt cie nie zobaczy, bo na poręczy wisi pomarańczowe prześcieradło. A sąsiedzi puszczają takie kawałki jak YMCA.

piątek, 31-07-2009 [22:03:21] | komentarze [5] | komentuj


Paulina Szuflińska
dziecka nie wyciągniesz na jogging [...]
Marta Bogacka
i sobie z nim nie pochlasz
Paulina Szuflińska
właśnie! i to jest podstawowa wada dzieci.

piątek, 31-07-2009 [12:00:47] | komentarze [6] | komentuj


Kto dzisiaj prowadzi staroświeckiego bloga "o życiu", mydle i powidle w anachronicznym, ale miłym i swojskim serwisie blogowym przez pięc lat? Czy nie należało by się wyspecjalizowac i unowocześnic? Czy blogart umrze? No w sumie 14 osób wrzuciło coś w tym miesiącu (z czego zajrzałam do muna, kasi i tomkera). Co zrobic ze sobą w cyberprzestrzeni?

sobota, 25-07-2009 [16:22:40] | komentarze [1] | komentuj


Jeśli za mna tęsknicie, wiedzcie, że ostatnio swoim porywom emocji daję upust głównie na fejsbuku. Publikuję tam pod pseudonimem artystycznym "Marta Bogacka". Jeśli chodzi o życiowe apdejty, to ostatnio stało się ze mną coś dziwnego i głównie jaram się swoją pracą, na przykład teraz redaguję czwartą częśc "Dextera". Tak, tego "Dextera" z telewizora, który jest również książką. Niewykluczone, że będę też prowadzic bloga kulinarnego za pieniądze. Poza tym, na moim balkonie osiedliła się biedronka, co szerzej opisuję na fb.

czwartek, 09-07-2009 [12:42:31] | komentarze [0] | komentuj


Twierdzi, że kocha mnie "na swój sposób". To znaczy, chce nagrzewać mi stopy i pokazywać wszystko, co go zaciekawi, oprócz football managera. Co więcej, chce wiedzieć, co ja o tym myślę i jest gotów spędzić ponaddwutygodniowe wakacje tylko ze mną. Lubi się koło mnie budzić i jest przywiązany do mojego wyglądu. Gdyby obudził się obok kogoś innego, nawet gdyby była to osoba ładna, odczułby nieprzyjemne zaskoczenie.

wtorek, 16-06-2009 [17:02:39] | komentarze [9] | komentuj


- to jak mam się ubrac?
- szybko!

Rano mętny łeb, chrypka, butelka rozbita na balkonie i mdłe wspomnienie nieświeżego mintaja na gorącym półmisku.

czwartek, 11-06-2009 [10:37:32] | komentarze [0] | komentuj


Rano rowerem odwiozłam Marcina do pracy. Kenem do Doliny Służewieckiej i z powrotem. Kiedy wracałam, wierzcie lub nie, przed zakładem pogrzebowym kręcił się czarny kot. Pachniało powoli rozgrzewającym sie asfaltem, pomidorami, pierzem z topoli. Było ciepło i pochmurnie, zapowiedź wilgoci albo przeczucie słońca. Potem kluczyłam trochę Ursynowem, Rosoła, Hersbta, Ciszewskiego, Pizza Quatro, warzywa, kebab extra. Było jakby inne lato, inne osiedle.

czwartek, 21-05-2009 [12:15:26] | komentarze [6] | komentuj


Kiedy jesteśmy już na dnie, opatrzność często podsuwa nam dyskretnie szczęśliwy los na loterii. Trzeba tylko uważnie się rozejrzeć. Ja zajrzałam do barku.

W portfelu miałam 50 groszy, konto puste, a z lokaty w tym miesiącu zdążyłam już skorzystać i wyczerpałam limit dopuszczalnych przelewów. Chciałam jednak zjeść bułkę z makiem (za 1,70 zł), a co ważniejsze, kupić bilet komunikacji miejskiej (za 5,60 zł) i pojechać do pewnego wydawnictwa, aby w terminie złożyć pierwszą zredagowaną przeze mnie ksiązkę (rzecz traktuje o romansie, zbrodni i mocach nadprzyrodzonych). Zajrzałam nawet do starej cukierniczki z monetami, ale były tam tylko korony szwedzkie i euro, a nawet 20 kun chorwackich w banknocie.

Co począć? Nieco sie zasromałam i zgoła pro forma zajrzałam do barku, do saszety, w której trzymam rozliczne swoje paszporty i legitymacje. Jakież było moje zdumienie, jaka radość, jaka transcendentna wdzięczność wypełniła moje serce, kiedy wydobyłam z niej całe 200 złotych! Do bułki dokupiłam sok z marchwi i selera (wszystko za niecałe 4 zł), a ponieważ nieuprzejma kioskarka miała normatywny w naszym kraju problem w wydaniem reszty - poproszę drobne! (szesc złotych w dwóch monetach to wciąz nie są wystarczająco drobne!) - musiała dać mi o 10 groszy za dużo, oświadczając, że będę jej winna, co zbyłam chłodnym milczeniem. Można więc powiedzieć, ze bez wysiłku zarobiłam całe 200 złotych i 10 groszy, a dzięki temu, że część zainwestowałam, niedługo spłynie jeszcze więcej pieniędzy z rzeczonego wydawnictwa. Biorąc pod uwagę, że wczoraj na mojego chłopaka, gdy jechał rowerem, nasrał ptak w locie, naszą przyszłośc widzę pomyślnie.

poniedziałek, 18-05-2009 [16:53:47] | komentarze [17] | komentuj


Perypetie hipochondryczki cz. 1

Wczoraj cały dzień bolał mnie kręgosłup. Nie mogłam się ruszać tak ani tak. Mogłam tylko siedzieć i pracować. A i tak bolało. Wyobrażałam sobie, że kręgi uciskają jakiś nerw i jak docisnę za mocno, sparalizuje mi nogi, albo nie wiem co, dojdzie do zwarcia w rdzeniu kręgowym, a potem będą mi tam grzebać i montowac na śrubach.  Wreszcie poczułam to, o czym mowa na jodze: oddech naprawdę rozciąga kręgosłup. Więc starałam się mało oddychać. Tak na pewno wygląda starość. Na szczęście wieczorem Marcin pomasował mi plecy i wszystko było już dobrze. Luksusowo mieć kogoś, kto pomasuje miejsce, którego sam nie dosięgasz. Tak z pewnością nie wygląda starość, szczególnie kobiety.

piątek, 15-05-2009 [11:11:12] | komentarze [3] | komentuj