| Myśli węgiełkiem spisane | |
|
mail in the maupmood mydziecisieci ofiara mikroblogów tomker londonflaneur jacek styczeń 2010 |
W zeszłym roku byłem na całkiem niezłym festiwalu muzycznym w Mysłowicach i z perspektywy kilku miesięcy pomyślałem o nim parę rzeczy, być może w pewnym stopniu może to być uniwersalne (choć oczywiście nic w tym odkrywczego). Przede wszystkim chyba jednak warto zaznaczyć, że nie śledzę z uwagą tego, co dzieje się w muzyce ostatnich lat, mam bardzo ograniczoną zdolność przyswajania nowych rzeczy, mówiąc krótko wiele razy muszę danej płyty posłuchać, aby naprawdę mi się spodobała (choć oczywiście czasem od razu łatwo stwierdzić, czy jest w ogóle na to szansa, czy nie ma takiej możliwości). Nie mam też ambicji bycia z muzyką na bieżąco, chcąc znać wiele rzeczy musiałbym znać je po łebkach, w związku z czym gdy nadejdzie czas na plebiscyty, za najważniejszą płytę obecnej dekady uznam prawdopodobnie "Apple" zespołu Mother Love Bone, tu dajemy emotikon, hopla. Pierwszym uderzającym zjawiskiem, oczywiście pozytywnym, był dla mnie wysoki poziom techniczny, dobre rzemiosło prawie wszystkich wykonawców, których miałem okazję tam usłyszeć, w tym anonimowych dla mnie wykonawców polskich. W różnych kręgach przyjęło się traktować słowo "rzemiosło" w odniesieniu do muzyki z ironią, niektórzy uważają takie tam warsztatowe sprawy za niegodne prawdziwego natchnionego artysty. Ja jednak pamiętam czasy, w których przyzwocie na koncertach prezentowała się tylko tzw krajowa czołówka, a wiele kapel było autentycznie trudno wytrzymać (choć czasem zespoły te nagrywały niezłe na swoje czasy płyty). Trudno teraz mi oceniać, czy chodziło bardziej o sprzęt, umiejętności muzyków czy nagłośnienie, w każdym razie dla ludzi, którzy teraz zaczynają słuchać muzyki rockowej cokolwiek egzotycznie może brzmieć już powiedzenie, że dany zespół brzmi nieźle jak na zespół polski i to chyba wszystkich cieszy. Jeżeli na jasnej stronie księżyca umieścimy poziom techniczny, strona ciemna sama się objawia. To jest oczywiście subiektywne - są być może melomani, ludzie obdarzeni lepszym słuchem, gustem, czy po prostu żyjący odkrywaniem nowej muzyki na co dzień - ale dla mnie z tej wielkiej porcji dobrze zagranych koncertów ciężko było cokolwiek szczególnie zapamiętać czy przeżyć. To pewnie po prostu specyfika festiwali, zbyt dużej dawki wszystkiego (czy będzie to film, muzyka czy cokolwiek innego) - niełatwo znaleźć mi bilans między chęcia zobaczenia dużej liczby zespołów a zachowaniem świeżości. Gdy po kilku godzinach różnych występów pojawiała się gwiazda wieczoru, często czułem się już po prostu znużony. Być może dobrym wyjściem byłoby wybranie trzech rzeczy, na które zamierza się iść w przeciągu dwóch dni, jednak z lepszym czy gorszym skutkiem górę brało u mnie myślenie, że skoro już mam wejściówkę na wszystko, to rzucę okiem na więcej kapel. No i te gwiazdy. To już jest na pewno tendencja szersza w muzyce, czy może kulturze współczesnej - głównym problemem nie jest kłopot z dotarciem do czegoś ciekawego, tylko nadmiar propozycji pchających się drzwiami i oknami, wszyscy twoi znajomi odkryli rewelacyjne zespoły, których powinno się posłuchać i pewnie są tego warte, problemem jest selekcja, na posłuchanie ciekawych rzeczy nie starczy życia, chyba że człowiek zamienil by się w ponurego rockendrollowego żuka z poczuciem misji odznaczającego w kajecie kolejne zbadane pozycje i zapełniającego terrabajty przenośnych dysków muzyką, której kiedyś być może zdąży raz posłuchać. Kłopoty z dotarciem do wielu rzeczy przed kilkunastoma laty byly w pewnym sensie błogosławieństwem. Tak sobie myślę, że te wielkie zespoły instytucje dawnych czasów - jakichś Rolling Stonesów, Led Zeppelin, Doorsów, czy nawet później Sex Pistols albo Metallicę - mniej lub bardziej znał każdy, kto wtedy interesował się muzyką rockową, o ile nie skupiał się wyłącznie na konceptualnie wybranych niszach, trudno mi w dzisiejszej muzyce znaleźć rzeczy równie oczywiste, rzeczy o których z czystym sumieniem mógłbym powiedzieć, że to jest absolutny kanon, że ktoś kto chce mieć jakiekolwiek pojęcie, musi się z nimi zapoznać. Zamiast tego jest cała masa bardzo dobrych, dobrze nagranych i wyprodukowanych płyt w każdej mozliwej estetyce. Znamienny jest książeczkowy program festiwalu - oto przedstawiono w nim wszystkich uczestników. Oto trzydzieści, pięćdziesiąt czy może sześćdziesiąt zespołów. I oczywiście wiadomo, że notki przygotowują wytwórnie, ale jak nie poczuć się skołowaciałym, gdy przy dwudziestej kapeli czytasz, że wydana w zeszłym roku płyta jest znakomita, świeża lecz dojrzała i nie mogą jej przegapić zwolennicy intrygującego rocka. To trochę tak, jakby dajmy na to obudzić się po latach śpiączki i dowiedzieć, że nie jest już tak, że o mistrzostwo Polski w piłce nożnej walczą Lech Poznań, Wisła Kraków i Legia Warszawa. Bo liczy się też Siarka Tarnobrzeg, Flota Świnoujście, GKS Jastrzębie i Polar Wrocław. I jeszcze kilkadziesiąt innych zespołów i w sparringach wszystkie one prezentowały się świetnie i właściwie wszystkie są godne uwagi kibiców i selekcjonera, który ma powołać reprezentację. Już ostatnią uwagą na marginesie niech będzie to, że na terenie tego festiwalu czułem się jak w trochę utopijnym świecie. No wiecie, w społeczeństwie idealnym. Dużo ludzi, sporo browarów wypijanych przez nich i zupełnie zaskakujące w tłumie tak licznym absolutne nieistnienie chamstwa i brutalności. I naprawdę nie chodzi o to, że ę ą, artyści, apaszki i hipstersi. Najrozmaiciej wyglądający (a na ogół po prostu zupełnie zwyczajnie) ludzie, którzy na ograniczonej przestrzeni, przez długie godziny koegzostowali w jakiejś niewymuszonej dobrej energii. Dla kogoś tak łatwo męczącego się tłumem jak ja to było chyba najbardziej krzepiące w tym calym Offie. środa, 27-01-2010 [23:09:20] | skomentuj komentarze: |
![]() |
|