Myśli węgiełkiem spisane
wcześniejsze wpisy /


Prawdziwym dżentelmenem jest właśnie ten koleś, na którego patrzę jak na mrozie siedzi w samochodzie i czeka na nieładną koleżankę z pracy, by ją podwieźć. O całej reszcie trudno powiedzieć dobre słowo - przepuszczają w drzwiach mniej lub bardziej ale przynajmniej trochę atrakcyjne dziewczęta, częstują je papierosami i ciastem, tacy są mężczyźni, nikt nie mówi, że naprawdę będą chcieli je za chwilę zapładniać i tylko po to ta uprzejmość, nie jestem aż takim nazifeministą zorientowanym na prymitywne motywy działań mężczyzn, ale trochę jednak jestem.

Są rzeczy, które wymagają nawet nie minuty, ale dnia, a może nawet tygodnia ciszy. Są informacje, które można tylko przemilczeć, nic się do nich mądrego nie da już dodać, nie każda płachta musi mieć kolumnę "komentarz".

Jak na dobrego Słowianina przystało teraz właśnie ostatnio zaciekawiłem się pisarzem o nazwisku Sallinger, zamówiłem sobie inną książkę niż jedną, którą dobrzy Słowianie przeczytali już wcześniej, w księgarni internetowej i czekałem na nią i na inne rzeczy siejąc popłoch w recepcji mojej firmy, koło której przechodziłem zawsze cicho i skromnie, wiele nie mówiąc. A teraz dopytywałem co i rusz, brakowało tylko, bym do faksu zaglądał. Bym palec ślinił i sam przerzucał dokumenty na cudzym biurku. Przyszły rzeczy różne zamówione, nie przyszło tylko przebranie sadomasochisty obcisłe i perwersyjne, do ubierania pod inne rzeczy zimą na rower (gdybym kiedyś się przełamał).

Dobrze napisane książki o tradycyjnej medycynie chińskiej czyta się naprawdę wspaniale, trzymają w napięciu, gdy wszystko układa się w całość i znajdujesz te strony, na których jest mowa o tym co cię boli i za chwilę się okazuje, że odgadli również, jakie masz wady charakteru. Lubię naprawdę, gdy tak łatwo można mnie rozgryźć - komu innemu by się chciało, no ale nic dziwnego - to jest poważna tradycja. Kiedy czytam te rzeczy, mam chęć zostać alterglobalistą i rzucać butelkami w fabryki koncernów farmaceutycznych, którym zależy wiadomo na czym i tak dalej.

poniedziałek, 08-02-2010 [22:31:34] | komentarze [17] | komentuj


W zeszłym roku byłem na całkiem niezłym festiwalu muzycznym w Mysłowicach i z perspektywy kilku miesięcy pomyślałem o nim parę rzeczy, być może w pewnym stopniu może to być uniwersalne (choć oczywiście nic w tym odkrywczego).

Przede wszystkim chyba jednak warto zaznaczyć, że nie śledzę z uwagą tego, co dzieje się w muzyce ostatnich lat, mam bardzo ograniczoną zdolność przyswajania nowych rzeczy, mówiąc krótko wiele razy muszę danej płyty posłuchać, aby naprawdę mi się spodobała (choć oczywiście czasem od razu łatwo stwierdzić, czy jest w ogóle na to szansa, czy nie ma takiej możliwości).

Nie mam też ambicji bycia z muzyką na bieżąco, chcąc znać wiele rzeczy musiałbym znać je po łebkach, w związku z czym gdy nadejdzie czas na plebiscyty, za najważniejszą płytę obecnej dekady uznam prawdopodobnie "Apple" zespołu Mother Love Bone, tu dajemy emotikon, hopla.

Pierwszym uderzającym zjawiskiem, oczywiście pozytywnym, był dla mnie wysoki poziom techniczny, dobre rzemiosło prawie wszystkich wykonawców, których miałem okazję tam usłyszeć, w tym anonimowych dla mnie wykonawców polskich. W różnych kręgach przyjęło się traktować słowo "rzemiosło" w odniesieniu do muzyki z ironią, niektórzy uważają takie tam warsztatowe sprawy za niegodne prawdziwego natchnionego artysty. Ja jednak pamiętam czasy, w których przyzwocie na koncertach prezentowała się tylko tzw krajowa czołówka, a wiele kapel było autentycznie trudno wytrzymać (choć czasem zespoły te nagrywały niezłe na swoje czasy płyty). Trudno teraz mi oceniać, czy chodziło bardziej o sprzęt, umiejętności muzyków czy nagłośnienie, w każdym razie dla ludzi, którzy teraz zaczynają słuchać muzyki rockowej cokolwiek egzotycznie może brzmieć już powiedzenie, że dany zespół brzmi nieźle jak na zespół polski i to chyba wszystkich cieszy.

Jeżeli na jasnej stronie księżyca umieścimy poziom techniczny, strona ciemna sama się objawia. To jest oczywiście subiektywne - są być może melomani, ludzie obdarzeni lepszym słuchem, gustem, czy po prostu żyjący odkrywaniem nowej muzyki na co dzień - ale dla mnie z tej wielkiej porcji dobrze zagranych koncertów ciężko było cokolwiek szczególnie zapamiętać czy przeżyć. To pewnie po prostu specyfika festiwali, zbyt dużej dawki wszystkiego (czy będzie to film, muzyka czy cokolwiek innego) - niełatwo znaleźć mi bilans między chęcia zobaczenia dużej liczby zespołów a zachowaniem świeżości. Gdy po kilku godzinach różnych występów pojawiała się gwiazda wieczoru, często czułem się już po prostu znużony. Być może dobrym wyjściem byłoby wybranie trzech rzeczy, na które zamierza się iść w przeciągu dwóch dni, jednak z lepszym czy gorszym skutkiem górę brało u mnie myślenie, że skoro już mam wejściówkę na wszystko, to rzucę okiem na więcej kapel.

No i te gwiazdy. To już jest na pewno tendencja szersza w muzyce, czy może kulturze współczesnej - głównym problemem nie jest kłopot z dotarciem do czegoś ciekawego, tylko nadmiar propozycji pchających się drzwiami i oknami, wszyscy twoi znajomi odkryli rewelacyjne zespoły, których powinno się posłuchać i pewnie są tego warte, problemem jest selekcja, na posłuchanie ciekawych rzeczy nie starczy życia, chyba że człowiek zamienil by się w ponurego rockendrollowego żuka z poczuciem misji odznaczającego w kajecie kolejne zbadane pozycje i zapełniającego terrabajty przenośnych dysków muzyką, której kiedyś być może zdąży raz posłuchać. Kłopoty z dotarciem do wielu rzeczy przed kilkunastoma laty byly w pewnym sensie błogosławieństwem.

Tak sobie myślę, że te wielkie zespoły instytucje dawnych czasów - jakichś Rolling Stonesów, Led Zeppelin, Doorsów, czy nawet później Sex Pistols albo Metallicę - mniej lub bardziej znał każdy, kto wtedy interesował się muzyką rockową, o ile nie skupiał się wyłącznie na konceptualnie wybranych niszach, trudno mi w dzisiejszej muzyce znaleźć rzeczy równie oczywiste, rzeczy o których z czystym sumieniem mógłbym powiedzieć, że to jest absolutny kanon, że ktoś kto chce mieć jakiekolwiek pojęcie, musi się z nimi zapoznać.

Zamiast tego jest cała masa bardzo dobrych, dobrze nagranych i wyprodukowanych płyt w każdej mozliwej estetyce. Znamienny jest książeczkowy program festiwalu - oto przedstawiono w nim wszystkich uczestników. Oto trzydzieści, pięćdziesiąt czy może sześćdziesiąt zespołów. I oczywiście wiadomo, że notki przygotowują wytwórnie, ale jak nie poczuć się skołowaciałym, gdy przy dwudziestej kapeli czytasz, że wydana w zeszłym roku płyta jest znakomita, świeża lecz dojrzała i nie mogą jej przegapić zwolennicy intrygującego rocka. To trochę tak, jakby dajmy na to obudzić się po latach śpiączki i dowiedzieć, że nie jest już tak, że o mistrzostwo Polski w piłce nożnej walczą Lech Poznań, Wisła Kraków i Legia Warszawa. Bo liczy się też Siarka Tarnobrzeg, Flota Świnoujście, GKS Jastrzębie i Polar Wrocław. I jeszcze kilkadziesiąt innych zespołów i w sparringach wszystkie one prezentowały się świetnie i właściwie wszystkie są godne uwagi kibiców i selekcjonera, który ma powołać reprezentację.

Już ostatnią uwagą na marginesie niech będzie to, że na terenie tego festiwalu czułem się jak w trochę utopijnym świecie. No wiecie, w społeczeństwie idealnym. Dużo ludzi, sporo browarów wypijanych przez nich i zupełnie zaskakujące w tłumie tak licznym absolutne nieistnienie chamstwa i brutalności. I naprawdę nie chodzi o to, że ę ą, artyści, apaszki i hipstersi. Najrozmaiciej wyglądający (a na ogół po prostu zupełnie zwyczajnie) ludzie, którzy na ograniczonej przestrzeni, przez długie godziny koegzostowali w jakiejś niewymuszonej dobrej energii. Dla kogoś tak łatwo męczącego się tłumem jak ja to było chyba najbardziej krzepiące w tym calym Offie.

środa, 27-01-2010 [23:09:20] | komentarze [1] | komentuj


Korciło mnie dzisiaj, żeby umieścić na Blogusiu (pozwoliłem sobie z dużej bo ma 8,5 roku, jest starszy niż większość waszych dzieci) różne przezabawne, lecz niestety złośliwe wypowiedzi moich internetowych i realnych znajomych na temat programów kulinarnych o parze w kuchni i atelier smaku. Postanowiłem jednak, że w dupie mam tani poklask i nie chcę być takim złośliwym wujkiem Zdziśkiem, który siedzi przed telewizorem i pomstuje, że w środku w telewizorze są idioci i on jeden zna prawdę, któremu wyrastają z nosa coraz dłuższe włosy i z którym własne dzieci po ukończeniu 18 lat definitywnie zrywają kontakty.

Jest tyle pozytywnych, ciekawych zjawisk na świecie, kto lubi czerwoną soczewicę nie myśli najwięcej o pianie, która robi się podczas gotowania i którą najlepiej zbierać łyżką i wylewać do zlewu, czemu więc na tej pianie miałbym się skupiać na Blogusiu?

Nowy gatunek ptaka zaobserwowano na osiedlu, dwa razy mniejszy od gołębia, raczej czarny i nabzdyczony, może to być skrzyżowanie synogarlicy tureckiej z kawką albo sroką. Nie wiem, co to jest. Nie chciał niczego zjeść z pudełka, wyjątkowo nabzdyczony.

środa, 27-01-2010 [22:22:41] | komentarze [14] | komentuj


uchronić przed zapomnieniem

ja
Coś męczącego w głosie Kazika z jego kolejnej nowej płyty
Leo
on ma takie zabezpieczenie, że jak płyta kradziona to głos męczący

środa, 27-01-2010 [01:04:12] | komentarze [0] | komentuj


Dla mnie minus osiemnaście to już nie jest po prostu zimno, minus osiemnaście to jest dla mnie pierwszy stopień niepełnosprawności - pokonanie pewnie niespełna kilometrowego odcinka między jednym a drugim przystankiem staje się męczące, nie bardzo lubię w zimie to, że otoczenie tak się zawęża, że poruszam się tylko po podstawowych trasach z jednego miejsca do drugiego. Nigdy za bardzo nie imponowała mi fizyczna krzepa, niestety, a gdyby być tak zahartowanym, jak mój kolega Łukasz, który do pracy cały czas jeździ rowerem? Nie, dla mnie to nie wchodzi w grę, trzeba lubić wyzwania i sporty ekstremalne, trzeba lubić motywacje typu adrenalina/fajnie jest się ubrudzić, ja mam pierwiastek sarmacki w sobie, mi takie rzeczy jak jazda rowerem muszą po prostu sprawiać przyjemność, do tego potrzebne jest mi globalne ocieplenie, chyba w tym roku popalę trochę toksycznych śmieci na podwórku, żeby wyemitować możliwie dużo dwutlenku węgla.

Potem w kawiarni siedzę obok usztywnionego mieszanego polsko-zagranicznego towarzystwa połączonego ważnymi sprawami służbowymi i wyjściem na kawę z deserem i proszę dobrego Boga, żeby wyłupił mi język, gdybym kiedyś poznał jakichś zagraniczniaków i tak jak mój rodak obok postanowił ich zabawiać przez kwadrans wymieniając im nieproszony, jak się różne potrawy, ciasta i owoce nazywają po polsku.

Znużona nieładna cudzoziemka stara się uprzejmie reagować na te rewelacje, dyskretnie zerkając, kiedy wreszcie duet jazzowopodobny skończy się instalować i rozpieprzy to wszystko w strzępy.

(Polskie nazwy różnych rzeczy to wersja abstynencka. Po piwie pewnie by opowiedział, że byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa i miejscem styku wielu kultur).

środa, 27-01-2010 [00:23:18] | komentarze [25] | komentuj


Prawdziwa nowoczesność: mój kolega mieszka obecnie w Londynie i dzięki możliwościom, jakie daje internet, wysłał mi link, a ja mogłem zobaczyć dom, w którym mieszka, tak jakbym stał na ulicy. Mogłem też obrócić się wokół własnej osi i przejść drogę z domu do przystanku.

Nasze wspólne koleżanki stały za moimi plecami i patrzyły też. Zgodnie orzekły, że ten kolega ma fajniej niż one.

wtorek, 26-01-2010 [21:07:54] | komentarze [13] | komentuj


Czuję wielką potrzebę zerwania z wieloma ludźmi, przede wszystkim z przyjaciółmi; potem rezygnuję – czas się tym zajmie.
Emil Cioran

(oczywiście z Wikicytatów, z pozdrowieniami dla mojego drogiego kolegi Michała, który mówił, że całą swoją wiedzę czerpię wyłącznie z Wikicytatów i książki "Pejzaż etniczny Europy" i którego codziennych, uroczych złośliwości naprawdę mi brakuje. Oraz z pozdrowieniami dla Pauliny, która przypomniała mi dzisiaj, że Michał tak twierdził)

wtorek, 26-01-2010 [16:31:27] | komentarze [3] | komentuj


Gdybym wczoraj wiedział jak chybcikiem postawić stówę na to, że ten zambijski piłkarz, który miał za chwilę przestrzelić karnego, przestrzeli karnego - zrobiłbym to bez wahania. Wzrok miał niepewny, piłkę poprawiał pięć razy jak dzieciak, który chce odroczyć klapsa po zebraniu szkolnym. Nie wiem czy jest na to jakiś wykres, ale pomyślałem po wszystkim, że przy rzucie karnym czas od pewnego momentu działa już tylko na niekorzyść strzelca. Każde kolejne pięć sekund jego wahania to wzrost morale bramkarza, każde poprawianie piłki zmniejsza szanse strzelca (które na początku przecież wynoszą około 90%), może znacie jakieś ciekawe eseje na ten temat?

wtorek, 26-01-2010 [11:26:33] | komentarze [4] | komentuj


Na forum o Portugalii wątek o urokach wakacji w tym kraju vs rozczarowaniach ludzi, którzy postanowili turystykę zamienić na emigrację i zmagają się z róznymi problemami. Polacy rozczarowani kontaktami z Portugalczykami na dłuższą metę wymieniają ich wady. Wśród mało zaskakujących zarzutów (niesłowni, leniwi, spóźnialscy, maminsynki, służba zdrowia) zwraca moją uwagę mniej więcej takie zdanie "Nawet jak nie mają kasy, na śniadanie muszą iść do kawiarni". Jestem trochę zaskoczony, że nikt nie reaguje. Czy właśnie ci ludzie w każdym wieku i z różnych kast siedzący bez szczególnej okazji w kawiarniach nie są jednym z elementów magicznego klimatu, którym zachwycają się Polacy po wakacjach w Lizbonie, Barcelonie, Paryżu i Genui? Różnica między uroczą turystyką i znojem emigracji to nie tylko obiektywne trudności, które wychodzą w sprawach praktycznych, to także (a może nawet bardziej) efekt dwóch rodzajów percepcji, które ludzie sami rezerwują na poszczególne sytuacje - to oczywiście banał. Południowcy są czarujący, gdy piją powoli te swoje kawki podczas naszych wakacji, ale gdy my bierzemy się do roboty, powinni przysiąść fałdów, zaoszczędzić, kanapki w domu jeść, do Madzi i Dusi się doasymilować.

wtorek, 26-01-2010 [10:50:38] | komentarze [11] | komentuj


chwile dla których przydaje się facebook

At a recent U2 concert in Glasgow, Scotland, Bono asked the audience for total quiet. Then, in the silence, he started to slowly clap his hands, once every few seconds. Holding the audience in total silence, he said into the microphone, “Every time I clap my hands, a child in Africa dies.”
From the front of the crowd a voice with a broad Scottish accent pierced the quiet “Well, fuckin stop doin it then, ya evil bastard!”

poniedziałek, 25-01-2010 [22:14:53] | komentarze [1] | komentuj


wcześniejsze wpisy /