natik
wcześniejsze wpisy /

ranyboskie

skończyłam studia (ale bez przesady - jeszcze bez dyplomu - pisze się...) i teraz trzeba będzie sobie znaleźć pracę...

to gorzej niż straszne.

środa, 14-06-2006 [15:00:55] | komentarze [0] | komentuj


zduszony dźwięk drewnianej łopaty do odgarniania śniegu, zduszony i nienatrętny, stłumiony i nienapastliwy, zamieniono na hałaśliwy i irytujący warkot w pełni zautomatyzowanego pługu śnieżnego. o szóstej rano.

o szóstej...

moja stłumiona wrogość (stłumiona i wyparta w podświadomość przez zwykłą chęć przetrwania i dostosowana się), wrogość do klimatu umiarkowanego chłodnego na powrót rozkwitła. i stężała.

więc, o szóstej rano, za zamkniętymi oczami i zamkniętym oknem, widzę jeszcze rozedrgane od upału płyty lotniska w Dalaman i górską serpentynę spływającą niemal do samego morza i zielone, naprawdę zielone, gaje oliwne. i to było naprawdę cztery miesiące temu? tu? na tym świecie? naprawdę?

zapalam kolorowe światełka i obliczam dni do lata. nie jest dobrze... za dużo. więc cofam się powoli do wszystkich dni minionego roku. taka refleksyjna, przednoworoczna retrospektywa. dla ukojenia. zapomnienia.

 

pierwsza połowa roku denna (o ile jeszcze tak się w ogóle mówi), jedynie średnia stypendialna może być nędznym pocieszeniem (tak nędznym, jak i nędzne są wypłacane z tegoż tytułu pieniądze). reszta - poniżej poziomu morza...

straty: dwie ukochane książki i kilka tygodni życia.

zyski: reszta czasu, która nie została tak przetrawiona (i reszta biblioteki).

i tyle.

 

druga połowa roku – lepiej, lepiej, najlepiej. dobrze. poznajemy się i zakochujemy się (w sobie – żeby nie było żadnych niejasności). kłócimy, rzucamy (dobra – ja rzucam) przedmiotami, słowami, ale kochamy i jesteśmy razem. pół roku. to nie cała wieczność ale już trochę jest. tyle ile grosików w skarbonce-słoiku – na samochód...

 

a teraz co będzie?

 

od wczoraj znowu drewnianymi łopatami odgarniają śnieg – za dużo go, pewnie, dla pługa...

i w śniegu wczoraj o dwunastej staliśmy po kolana i piliśmy musujące wino.

a strzelali – jak na froncie.

 

i tyle (tego dobrego).

niedziela, 01-01-2006 [15:02:03] | komentarze [1] | komentuj


mam uczulenie na postmodernizm w naukach humanistycznych. naprawdę. zrobiły mi się na twarzy wykwity o nieregularnych, nieobiektywnych i nie dających się opisać bez wartościowania kształtach. pogrążam się w swoich stanach wewnętrznych i w bolesnej świadomości bycia nieprzezroczystym...

 

na egzaminie ustnym z zakresu wiedzy całkowitej, nabytej w trakcie procesu kształcenia na studiach wyższych dwustopniowych, dostałam pytanie o habitus Bourdieu i o różnice w postrzeganiu antropologii (jej roli i jej, powiedzmy, ‘metodologii’) przez modernistów i postmodernistów. i to miał być egzamin, którym kolejne pokolenia etnologów straszą siebie nawzajem... to miał być egzamin-monstrum, egzamin, na którym na światło dzienne wyciągane są wszystkie potwory antropologii, wszystkie minione teorie, wszystkie zapomniane ideologie, nietrafione założenia, senne urojenia etnografów terenowych, iluzje uczestniczących obserwacji, iluzje postmodernizmu... to miała być bojaźń i drżenie, a była dwudziestominutowa pogawędka o wyżej wspomnianych zagadnieniach i o pracy magisterskiej będącej w procesie powstawania.

 

i teraz są wakacje. wakacje i patrzę przez okno i w palce gryzie mnie kot. mały kot. kot wielkości połączonych dłoni. kot prążkowany. kot lubiący spację na komputerowej klawiaturze. kot bawiący się z własnym cieniem. kot schizofrenik, głupek, kot intensywnie przypatrujący się moim piszącym dłoniom i kot współuczestniczący w twórczym procesie. kot gryzący sznurki bluzy, kot polujący na mojego śpiącego, starego psa i na moje śpiące ale ruszające się niespokojnie nogi. kot wypoczywający na parapecie, na opasłym i zakurzonym tomie dzieł Kierkegaarda, kot wtulający się w moje ucho i zasypiający na ramieniu. kot – byt ontologicznie niepoznawalny. istota samoistna, swoista. kot.

 

kot przyszedł do mnie w dzień święta narodowego Islandii. i został nazwany Thula – nie wiem, czy prawomocnie – nie wiem, czy kotom nadaje się imiona, czy same je przynoszą. nie wiem, jakie imiona są kocimi imionami i nie wiem czy kotom potrzebne są imiona. wiem, że kota fascynuje komputer, moje włosy (szczególnie, gdy przelatują przez nie promienie słoneczne – wtedy kot próbuje je złapać), czerwony zagłówek, kabel od lampek kolorowych, oparcie fotela i podziemia pod łóżkiem. kot ma oliwkowe oczy. kot lubi podgryzać moje palce. kot jest wszędzie.

środa, 22-06-2005 [15:27:42] | komentarze [2] | komentuj


ludzie się żenią. nie tacy ludzie z ulicy albo z gazet, tylko LUDZIE. ludzie, których się zna. teraz się żenią, potem będą rodzić, a w końcu będą umierać. zapisuję więc w kalendarzach daty urodzenia; razem z rokiem – na wszelki wypadek...

 

i żenią się ci, których byśmy o to zupełnie nie podejrzewali. przyjrzyjmy się: znajomi z roku, luźne związki, piwa w parku, sikanie między drzewami, nie zaliczone sesje, gry w fifę, spanie na podłodze – i teraz ci sami ludzie wysyłają zaproszenia na ślub. na nowe drogi życia. więc patrzę w kalendarz i porównuję. wyliczam. ile mi zostało czasu. ale to jest błędne myślenie. więc przerzucam strony do adresów i nazwisk. i patrzę – kto jeszcze?

 

zastanawiam się – czyj ślub by mnie zmartwił? jakiego mojego byłego, albo nigdy nie-byłego chłopaka? i w pierwszym myśleniu wychodzi mi, że niczyj. i jestem zadowolona. rozsiadam się w fotelu z notatkami i lekturami metodologicznymi i zaraz sobie przypominam. jedna osoba. jedna, tylko jedna osoba z przeszłości...

 

właściwie Józka (tak go nazwijmy) już dawno wykreśliłam z pamięci. dwa i pół roku temu przyśniło mi się, że się żeni, i sen ten był tak wyrazisty, że nie musiałam go konfrontować z rzeczywistością. właściwie sam mówił przez się. i to, że się nie odzywał, tylko potwierdza moją tezę. więc Józka zapomnijmy. i zapomnijmy te kilka lat. było, nie było, nie ma. nie będzie.

 

ale jest jeszcze Pan Poeta. jedyny, jak dotąd, który wstrzymał ziemię i poruszył słońce. mimo-chodem. w przejściu. w czasie, gdy ‘miękko a energicznie perfumował noc szopenowską’. a słowiki śpiewały wtedy ślicznie. a ja – ni me, ni be. więc pyszna byłam i zła.

 

jeździliśmy wtedy rowerem – w dół ulicy belwederskiej – na koniec wszystkiego co istnieje. i na początek. od początku. siedzieliśmy w takim niby-przedświcie czytając poezję i instrukcje obsługi przedziwnych przedmiotów. byliśmy sobie, przez siebie, nie dla siebie. ale jakoś było dobrze. zwyczajnie. nawet wtedy, kiedy nic się nie działo. i może właśnie dlatego było dobrze – bo nic się nie działo.

 

świat się nie skończył. przeminęły burze, przeminęły deszcze. wróciłam na studia, wyjechałam daleko. i jakoś to wszystko minęło...

 

a teraz stoję na przedpolu. jak przed bitwą. cisza. spokój. pusta ziemia przede mną. a ja w środku. z niczym, z rękami w kieszeniach, z pomalowanymi oczami, z całym szeregiem nieuporządkowanych perspektyw, zdjęć w szufladach i plików w komputerze. przeglądam się w konwencjach, w przeszłości, w tym, co się nie należy. w zapomnianych miejscach. próbuję – naprawdę próbuję od dłuższego czasu, pojechać w miejsce, gdzie spędziłam 6 lat życia – ale nie mogę. coś mnie przywiązuje do palika, wokół którego mogę się tylko kręcić. i chociaż chcę – nie mogę się ruszyć. stoję w miejscu.

 

i tylko cichy cień porusza się przede mną. jak kiedyś w moim śnie. gdzie szłam – jasno było jeszcze niezupełnie – więc szłam, a przed sobą szłam ja. już w słońcu, już za dnia. i szłam – sama za sobą, jeszcze po ciemku, potykając się o gałęzie – a ja przed sobą byłam już wolna od udręki. i tęsknie do tego snu, tak samo, jak do włóczęgi po osiedlu, picia na ławkach na komisji edukacji, chodzenia po lesie; całego zestawu męsko-damskich korelacji, możliwych jeszcze zanim się wszystko zacznie. w przededniu. ale nie chcę (naprawdę – nie chcę) żeby dzień się zaczął. chcę – tak jak w tym śnie – ciągle iść za sobą, ciągle w pół-mroku, dystansując się do siebie. chcę istnieć w symulakrach – w lepszych rzeczywistościach, w innych światach. chcę, świadoma skończoności czasu, żeby czas się nie kończył. żeby się zawiesił. chcę się po prostu przejść – tak, jak się przechodzi po prostu. przez siebie.

czwartek, 02-06-2005 [00:52:42] | komentarze [2] | komentuj


Herder uważał, że człowiek jest wybrakowanym zwierzęciem. ogólnie – że rodzi się za wcześnie i nie ma dookreślonych potrzeb. to znaczy właśnie, że ma niedookreślone potrzeby, a nie dookreślone instynkty (jak zwierzęta). ale w związku z tym wykształciła się w człowieku samoświadomość, co jest swoistą rekompensatą za naturalne braki (Heidegger powiedział nawet, że Dasein jest ‘prześwitem dla Bycia’...). a potem jeszcze Plessner, a właściwie już Freud, posiłkując się nieszczęsnym Herderderem, zauważyli, że to właśnie natura domaga się kultury, która ma te braki wypełniać. ma przystosować człowieka do bycia w świecie. i że bez kultury się nie da. bo się przegra – jak się człowiek kultury pozbędzie, to w naturze nie przetrwa. bo jest zepsuty. więc natura ku kulturze ręce swe wyciąga.

 

tak, to jest pewna koncepcja i właściwie stawia cały świat do góry nogami, cały humanistyczny świat, który kazał zawsze uważać (już od Platona), że człowiek stoi na zewnątrz świata, że go konstruuje i że z natury swej jest lepszy od zwierząt. jest panem świata. jest unikalny, specyficzny i obdarowany. a tu taki afront! taka detronizacja. takie ‘wrzucenie’ w świat między inne byty.

 

więc mnie – ekologa po szkole średniej – takie podejście właściwie powinno cieszyć. tylko, że nie cieszy. bo ja mam problem z odwiecznym konfliktem natury z kulturą. i ten problem tkwi właśnie we mnie. w środku.

 

otóż znowu, od kilku dni boli mnie noga tak, że nie mogę chodzić. oczywiście wiem, że powinnam iść do lekarza, ale też wiem, że jak do lekarza pójdę, to umieszczą mnie w szpitalu, podłączą do tych wszystkich rurek, nakłują, natrują albo może coś jeszcze ponacinają. żądni krwi, surowego mięsa i osocza! lekarze! a ja przecież mam sesję. więc kultura jest tłamszona przez naturę – nie mogę wyjść do biblioteki, nie mogę siedzieć, nie mogę stać. jest cudownie po prostu cudownie (a maliny są niedojrzałe)...

 

czytam to, co mam w domu. jakieś potworne teksty o metodologii w naukach społecznych; potworne rzeczy o płynnych tożsamościach, kołach hermeneutycznych, typologii w sztuce chrześcijańskiej – a na zewnątrz upał. lubię upał. bardzo lubię gęste powietrze. lubię nawet zapach nagrzanych roślin [swoją drogą Plessner powiedział, że ‘rośliny mają niejasne poczucie własnych granic’ – pięknie powiedział...]. i kiedy to wszystko tak czytam, to czekam aż stopią się we mnie Gadamerowskie horyzonty i obejmie mnie istota zrozumienia. i wtedy będzie już dobrze. natura przestanie istnieć.

 

(ach, ja też mam dziś niejasne poczucie własnych granic...)

poniedziałek, 30-05-2005 [19:14:51] | komentarze [2] | komentuj


wypiłam czwartą już tego popołudnia zieloną herbatę. zielona herbata mnie nie pobudza, jak niegdyś czyniła to była czarna herbata (pijana przeze mnie w znacznych ilościach). zresztą zupełnie nic mnie teraz nie pobudza z czynników naturalnych. szukam w muzyce obudzenia, ale u mnie muzyka sama taka nijaka, grzebiąca się we własnych bebechach, albo muzyka-tło – nie ekspansywna. nieruchoma. stoję w miejscu. a światło u mnie w pokoju przygaszone. rozmazane po ścianie.

 

przysiadam nad lekturą i pochylam się nad zadrukowanym papierem, prawie w niego wnikając, stając się literami, słowami – ale wszystko bez sensu, bez porządku, bez ładu. brytyjska antropologia mnie nuży swoimi personalnymi wywodami. i te niekończące się, przydługie, absurdalne przypisy... usiłuję więc jakkolwiek się sobą zająć. ale wstać z krzesła nie sposób. przemieścić się z pomieszczenia do pomieszczenia nie sposób. wyjść, wyrwać się z klatki ścian – nie sposób.

 

zajmuje mnie twórcze kasowanie wiadomości w telefonie. i zdjęć. segreguję odpadki jakie kiedyś przypadły mi w udziale. było – nie ma – zapomniane. ja się już w tych zerach i jedynkach przeglądać nie będę.

 

szukam w poezji odpowiedniego ustępu, który wpasowałby się idealnie w moje tymczasowe usposobienie (filozofię już dawno porzuciłam jako źródło odpowiedzi – to tylko źródło dalszych pytań, a teraz nie pytań, nie drążenia potrzebuję, tylko pociechy). lecz we wszystkich wierszach, we wszystkich strofach, które mam w pamięci – tylko jeszcze większe przygnębienie jest – a żeby wstać, poszukać w książkach ukrytych jakiś poezji – to sił brak. nie wystarcza.

 

na okładce słownika łacińskiego leżącego w zapomnieniu obok biurka, zauważam rozmazane zwłoki komara – muszą być to zeszłoroczne szczątki – w tym roku bowiem jeszcze nie polowałam (a właściwie - żeby skrupulatnie odnotować - nie odpierałam jeszcze ataku)...

 

tak – atak, zniszczenie, destrukcja, najazd, spustoszenie – tak! – chociażby upolować komara... (albo przynajmniej go z lekka przestraszyć). germańska krew moich przodków we mnie się burzy, podnosi głowię i nie daje opadać rękom. i nawet jeśli przyjdzie walczyć tylko z wiatrakami, to jest to chociaż zawsze jakaś forma aktywności.

 

avanti! [pour mes avanies]

wtorek, 10-05-2005 [15:45:48] | komentarze [0] | komentuj


po tym dniu fatalnym nastał wieczór i nastała noc, a nocą nastała zbawcza impreza (na którą z początku iść nie chciałam, ale ostatecznie poszłam, i dobrze)...

 

-cześć, można sobie skoczyć z balkonu?

-o, widzę, że masz zły humor?

-ja? zły humor? ależ skąd! ja mam doskonały humor! świadczy o tym, że sama chcę skakać z balkonu. jakbym miała zły humor, to bym z tego balkonu pozrzucała wszystkich innych...

 

(ps. za ratowanie mojego poczucia wartości – ogóle – DZIĘ-KU-JĘ!)

niedziela, 08-05-2005 [21:24:04] | komentarze [0] | komentuj


1.

to jest tak –

jak się dwa razy wchodzi do tej samej wody, to cię dwa razy kopie ten sam prąd.

i to tyle tematem elektryczności.

 

2.

mój pies nie obwinia całego świata za swoje nieszczęścia. nie. mój pies obwinia za wszystkie nieszczęścia świata mnie. jeśli spadnie z fotela, jeśli mordą uderzy o podłogę, jeśli w misce nie ma jedzenia – idzie do mojego pokoju i gryzie mnie. za wszystko. za złą pogodę, za nudę, za brak aspiracji. gryzie mnie. ja nie mam kogo gryźć za własne nieszczęścia, więc gryzę siebie. od środka.

 

3.

znowu otrzymuję - jak przed rokiem - nieproszoną korespondencję telefoniczną. błędne i chore muszę wywoływać fascynacje. zaleczam czyjeś kompleksy. łatam dziury. jestem konfesjonałem, telefonem zaufania, zsypem, ściekiem, drogą do wyzwolenia... narracja tej korespondencji bliska jest tendencji romansów czytywanych podczas zniewalających umysł upałów. widać – słońce przez cały rok...

 

4.

i dokonało się kolejne rytualne zamknięcie czasu – i teraz znowu może się kręcić i owijać wokół siebie. to, co miało być powtórzone, zostało odtworzone z największą pieczołowitością szczegółów, dbałością o identyczność z oryginałem, pierwowzorem. tylko jak każdy rytuał, i ten stracił swoją moc twórczą, poprzez zwykłe tylko odtworzenie zdarzeń. powtarzając te same czynności, te same słowa, utracił autentyczność, a tylko autentyczność może powodować prawdziwy, przeżywalny ból. ból to przedmiot pamięci – to pamięć organizmu. bez bólu jest amnezja. wsteczność. nierealność zdarzeń. zdystansowanie. ciało nie czuje i nie poddaje się drganiom.

 

wychodzę więc z tego powtórzenia z głębokim oddechem niepamięci. i nawet nie z niesmakiem. i nawet nie z żalem. i nawet nie z rozczarowaniem. wychodzę z tego z głębokim oddechem niepamięci. to się po prostu w ogóle nie stało.

 

A tyle przyniósł mi ten trud,

Żem jest tak mądry jak i wprzód!
(J.W.Goethe, Faust)

 

(i po depresji)

niedziela, 08-05-2005 [17:59:19] | komentarze [0] | komentuj


komplementy mojego (byłego)chłopaka:

 

-... a ty mi nigdy nie mówisz, że na przykład ładnie wyglądam, albo coś!

-a co, mam kłamać?!

 

-...bo widzisz, mnie zawsze podrywają starsi faceci, tacy minimum po pięćdziesiątce, wiesz...

-bo masz taką niedzisiejszą urodę, co nie znaczy, że jesteś brzydka...

 

(czekam na kogoś kto mnie pokocha z moim wiecznie złym wyglądem i niedzisiejszą urodą)

sobota, 07-05-2005 [17:57:43] | komentarze [4] | komentuj


patologia rzeczywistości -
jest jak w dobrym śnie, kiedy się wie, że to sen.
wtedy można patrzeć, oglądać, dotykać, próbować - wszystko na niby - wszystko do obudzenia się.
powoli się wybudzać ze snu można
nie nagle - nie z dźwiękiem budzika
powoli
odwrócić się i odejść

cicho, szeptem być, być bezdźwięcznym słowem, być niemym, być ślepym, być głuchym, być nigdzie
nic nie potrzebować
utopić się w sobie (rozpuścić)

umiejętne budowanie konstrukcji, gry i zabawy, podchody, licytacje, przeraźliwe "spójrz na mnie" - wszystko to schować
zostawić, zapomnieć, zobojętnieć, wyprowadzić Ciebie ze Mnie
wyprowadzić się, być bezpiecznie obojętnym.

to jak chcesz - tak będzie.

czwartek, 05-05-2005 [22:55:58] | komentarze [0] | komentuj