lesio [1/11/105]
poprzednie wpisy /
You can dance... in Athens.

wtorek, 09-12-2008 [18:52:09] | Poczytaj se mamo![0] | dorzuć coś | edycja wpisu


Nasz ci on!

Zajrzałem ci ja z rana do lodówki, a tam leży on. Zawinięty w papier, jak trzeba, a na nim kwadratowa marketowa naklejka z wydrukiem. SCHAB ZE SPICHRZA. No właśnie. Mistrzowie marketingu zrobili swoje, mogą odejść do innych wzniosłych czynności reklamowych.

Jak wiemy z historii, którą nas bezsensownie zamęczano w szkołach wszelakich, spichrz, jak już sama nazwa wskazuje - służył onegdaj do przechowywania mięsa, a przede wszystkim schabu.

Jeśli dobrze wytężycie pamięć, być może uda wam się przypomnieć "Kancyonał, czyli pieśni śpiwane na jutrznię zaranną" Wespazjana Kochowskiego z 1678 roku. Już tam i wtedy barokowy ten poeta umieścił te strofy:

Do śpichrza zaszołem,
Kawał schabu wziąłem.
Kęs urwałem wielki,
Gotują się kartofelki.
Starki łykiem popiłem,
Nawet się nie skrzywiłem.

Podobnież także Mikołaj Rej, ten z Nagłowic, opisywał niegdysiejsze zwyczaje kulinarne o mięsiwach wszelakich chowanych do spichrza. Niestety, żaden z tekstów nie zachował się do dzisiaj. Znamy je tylko z późniejszych omówień.

W taki oto sposób popęd do czynienia naszej kuchni jeszcze bardziej staropolską (trochę już była - vide: Szynka jak za Gierka) w punkcie kulminacyjnym sięgnął zenitu.

Ostatnimi czasy przemierzam nieskończone alejki super, hiper jak też mega i giga marketów w poszukiwaniu chleba z gorzelni, tudzież okowity ze młyna.

czwartek, 04-12-2008 [15:17:14] | Poczytaj se mamo![0] | dorzuć coś | edycja wpisu


Edynburg, Dublin, Londyn

Państwo w ostatniej przedwyborczej konwulsji wzywa do powrotu milion Polaków, który wyjechał na Wyspy i okolice w poszukiwaniu lepszego jutra. Kusi ich zwolnieniami podatkowymi, różnego rodzaju ułatwieniami i oferuje inne gruszki na wierzbie. Próbuje namówić tych, którzy ułożyli tam sobie życie, że jednak u nas może być fajnie. Niestety, pomysłodawcy wydają się nie rozumieć tego, że tam jest lepiej i oni wcale nie chcą wracać. Nawet jeśli Polacy na Wyspach zarabiają mniej niż Francuzi czy Włosi i o wiele mniej niż sami Brytyjczycy, to i tak żyje im się lepiej niż u nas. W telewizorze powiedzieli, że z tej niższej średniej i tak można spokojnie utrzymać dwie osoby.

Ale chodzi nie tylko o stronę ekonomiczną tej emigracji. Na wyjazd zdecydowali się głównie mieszkańcy małych miast i wsi, którzy dobrze wiedzą, jak wygląda życie na prowincji. Nie dadzą się przekonać do powrotu, bo widzą, że w Londynie życie jest kolorowe, wielokulturowe. Ludzie są o wiele bardziej tolerancyjni niż na wsi na Podlasiu. Emigranci nie muszą ukrywać tego, że są gejami albo że lubią się ubierać tylko na fioletowo, o czym kiedyś pisała GW. I nie chodzi tu o syndrom wielkiego miasta. Wielka Brytania już od dawna jest przyzwyczajona do tego, że obok białych mieszkają tam Hindusi, Azjaci i wiele innych nacji.

Akcja „Powrót” jest idealnym przykładem działania państwa narodowosocjalistycznego. Namawianie: „Wracajcie do Ojczyzny, bo tu będzie lepiej!” jest elementem taniego patosu narodowego, który kojarzy się z machaniem szabelką i odsłanianiem pomników. Elementem socjalistycznym jest kuszenie chociażby wspomnianymi zwolnieniami podatkowymi czy też ułatwieniami w zakładaniu firm. Państwo chce roztoczyć opiekę nad obywatelem, mówiąc mu co ma robić. Jeśli zaś ma to być kiełbasa wyborcza, to już za późno. Trudno przypuszczać, żeby trzy tygodnie przed wyborami ktoś nagle zmienił swoje zapatrywania polityczne.

Tylko, że cała para idzie w gwizdek. Po co ludzie mieszkający od kilku miesięcy czy lat w przysłowiowym Londynie, mają wracać do swoich miast, miasteczek i wsi, skoro ułożyli sobie życie gdzie indziej? Chyba nie są aż takimi naiwniakami, żeby nagle stwierdzili, że jednak w Polsce znajdą dobrą pracę i zdecydują się na powrót. Rozumiem, że po pierwsze ma to być próba storpedowania idei Unii Europejskiej, w której miejsce zamieszkania i kraj pochodzenia nie mają aż takiego dużego znaczenia. Po drugie ma to być zaprzeczenie idei liberalizmu ekonomicznego, w którym człowiek jest kowalem swojego losu i jeśli chce i ma możliwości, to szuka pracy i pieniędzy tam gdzie one są, a nie czeka aż państwo łaskawie roztoczy swoją opiekę socjalną nad obywatelem. Takie próby ekstremalnego socjalu istniały już przez pięćdziesiąt lat komuny i wszyscy wiemy, co z tego wyszło.

Zamiast akcji „Powrót” przydałaby się akcja „Zostańcie”. Żeby ludzie, którzy nie zdecydowali się na emigrację mogli znaleźć sobie pracę albo założyć firmę i przyczyniać się do wzrostu naszego PKB. Ale to już chyba zbyt wiele, a nasz kraj najwyraźniej stać na to, żeby organizować kolejną chybioną akcję.

środa, 03-10-2007 [11:10:06] | Poczytaj se mamo![513] | dorzuć coś | edycja wpisu


Lipiec w Krakowie, a miał być gdzie indziej.

Lato latoś obrodziło. Upałem zawiało porządnie i na amen. Na szczęście dzięki temu, że ktoś wyjechał na wakacje, mogłem wyjechać ja. No i stało się. Po trzech godzinach w Intercity, w pierwszej klasie, z miejscami leżącymi, stanąłem na krakowskiej ziemi. Centrum handlowe przy dworcu kolejowym pnie się pracowicie w górę, a ja przywalony ciężarem słońca stałem, gapiąc się tępo na rosnące powoli szare kloce tuż obok dworca kolejowego.

Wodząc wzrokiem po omszałych, dostojnych i śmierdzących z zaniedbania kamienicach, pomyślałem sobie, żeby pójść za ciosem i jeśli przyjechałem ze stolicy lux-torpedą w pierwszej klasie, to w podobnym stylu dostanę się na Prądnik – dzielnicę Krakowa. Zamówiłem taksówkę i w oczekiwaniu na limuzynę, robiłem to co lubię najbardziej – przyglądałem się ludziom, samochodom i budynkom.

Ulic i uliczek jest tu pod dostatkiem, wywołują zachwyt – niemy bądź dźwiękowy u wszystkich tych, którzy obcowali przez lata z aglomeracją tak poszatkowaną architektonicznie jak na przykład Warszawa. No więc sunąc krakowskimi ulicami oglądam te kamienice, myśląc sobie o zaułkach, oszczanych bramach – jak śpiewał Maleńczuk, o artystach, pijakach, wierszach pisanych w pośpiechu na serwetce gdzieś w knajpie w pobliżu rynku, no pełen wypas.

Siedząc w taksówce nie mogę się pozbyć wrażenia, że miasta inne niż Warszawa miały chyba więcej szczęścia podczas wojny, a Kraków przede wszystkim. Kiedy ruscy i niemiaszki wyciągnęli łapy w naszą stronę, żeby powiększyć swój lebensraum, Kardynał Sapieha dokonał bystrego i pracochłonnego posunięcia. Dogadał się z Niemcami, jak i z Rosjanami, żeby podczas działań wojennych oszczędzili Kraków. Musiał mieć nie lada autorytet albo pękaty trzos, skoro dawna stolica Polaków przetrwała II wojnę światową niemal bez strat w domach.

Dzięki sprytnemu kardynałowi można teraz godzinami łazić po uliczkach w poszukiwaniach straconego czasu, a kiedy się zmęczycie, można przesiadywać w przeróżnych lokalach, sącząc piwo tudzież lemoniadę, wsłuchując się w gwar międzynarodowych rozmów. Otyłe turystki z Włoch fotografują hejnalistę, słabo widocznego w maleńkim okienku wieży kościoła Mariackiego. Elegancko ubrani Niemcy na emeryturach poznający świat od Tarnobrzegu po Bogotę, wysiadają z czarterowego autokaru, który cudem wcisnął się w wąską uliczkę przy rynku, żeby ich dowieźć jak najbliżej. Amerykanie o aparycjach naukowców na sympozjum przecinają rynek, długą smugą cienia znacząc swoją drogę. Chyba nawet nie wiedzą, że pod ich nogami, pod posadzką rynku, znajduje się średniowieczna kloaka. Jeszcze niedawno archeolodzy z wielkim zainteresowaniem zaglądali w mroczną czeluść gówna i szczyn, szukając fantów, które pomogłyby w rozszyfrowaniu zagadek przeszłości. I nie ma się co śmiać z zaglądania do sracza, bo podobnie jak historyczne wysypiska śmieci, są doskonałym źródłem informacji o codziennym życiu w dawnych wiekach.

Kiedy tylko taryfa zatrzymała się u stóp eleganckiej, ocieplonej szuflandii z wielkiej płyty, stwierdziłem ze zdziwieniem, że tak naprawdę mało tu bloków nastawiali. Właśnie dlatego, że ruskie bombowce i niemiecka artyleria – albo odwrotnie - nie miały szansy, żeby się wykazać. Oprócz typowo “kamienicowej” zabudowy w centralnej części miasta, dominują wolnostojące domy i domki. Bloki też się trafiają, ale z rzadka. Niestety, nie wiem, jak na Nowej Hucie wygląda realizacja marzeń reżimowych urbanistów, bo tam nie dotarłem, zostawiając sobie Bój w Hucie na kiedy indziej.

W każdym razie, okazało się że będę przez tydzień mieszkał na dziesiątym piętrze, w mieszkaniu, które ma status pracowni. No i fajnie. Zalety dziesiątego piętra doceniłem, kiedy tylko zaczął zapadać zmierzch – za firankami roztaczała się idealna panorama północnego krańca Krakowa, a do tego niebo płatało kolorowe figle, karmiąc oczy feeriami wszystkich barw tęczy. Najpierw słońce zaczynało pomarańczowieć powoli, z cytryny stając się apetyczną pomarańczą, a raczej mandarynką – koniecznie bezpestkową. Potem wszystko stawało się rude, a słońce czerwone, jeszcze później do tych rozmaitych odcieni czerwieni dołączał niebieski, potem granatowy i wszystko jakoś tak się ładnie układało, jak warstwy w cieście. Do tego czasami dochodziły białe obłoczki, jak bita śmietana, która szybko znikała, rozwiana przez stratosferyczne jakieś niewidoczne podmuchy. A tuż przed samym zniknięciem, nad horyzontem rozlewała się raz pomarańczowa właśnie, raz krwistoczerwona plama słońca. To był widok dla odważnych – nie można było zbyt bezkarnie patrzeć na te bajery. Oślepione oczy same odwracały się w drugą stronę. Tym czasie cała dzielnica znikała pod przykryciem mroku i robiło się coraz granatowiej, coraz czarniej i ciemniej, aż w końcu dziesięć pięter niżej pojawiał się elektryczny plan Prądnika, znaczony światami latarni i samochodów spieszących na parkingi. Ludzie w oknach, podświetleni od wewnątrz, niczym kukiełki w teatrzykach krzątali się po pokojach, przestawiali naczynia w kuchniach, znikali za żaluzjami i zasłonami. Dzień już padł. Ciepły, letni mrok otulił Kraków. Gdzieniegdzie, zagrały niebieskimi odcieniami telewizory z filmami po dzienniku.

Niezmordowani turyści ruszyli wtedy na rajdy po tysiącach knajp. Rynek, Kazimierz, uliczki, zaułki, wejścia, przejścia. Stoły, szklanki, popielniczki, krzesła. Spodnie, buty, ramiączka, dekolty. Mniej lub bardziej pijani żeglowali grupowo bądź w pojedynkę po lokalach, zamawiając piwa, drinki, wódki. Strzepywali popiół z papierosów, gestykulowali, robili miny. A po kilku godzinach łażenia, picia i palenia, zmęczeni wracali do dziesiątków hosteli, hoteli czy schronisk. Należała im się zabawa w tę gorącą noc, tym bardziej, że cały dzień zapieprzali z przewodnikiem żywym bądź książkowym po Brackiej, gdzie pada deszcz i mieszka Grzegorz Turnau, zadzierali głowę pod kościołem Mariackim, próbując dojrzeć trębacza, krążyli po uliczkach Kazimierza, szukając duchów przeszłości kryjących się w cieniach załomów i przepastnych głębiach starych rynien. Zwiedzali muzea i synagogi, toalety i kebaby, bankomaty i kasy. Aż wreszcie, gdzieś w środku nocy zalegli na swych posłaniach, przygotowując się do następnego dnia.

Następnego dnia po przyjeździe postanowiłem jak najszybciej zapoznać się z nowym dla mnie miastem. Bywałem tu już wcześniej, ale za każdym razem miałem zbyt mało czasu, żeby zapuścić się głębiej w miasto. To były takie powierzchowne wizyty: rynek, autobus, knajpa, jakiś sklep. Teraz miałem okazję, żeby przyjrzeć się z bliska bramom, chodnikom, trawnikom i schodom. Siłą rzeczy na początek trafiłem na rynek zatopiony w słońcu i gorącu. Ten wielki plac z Sukiennicami i wieżą po ratuszu pośrodku przyciągał wszystkich. Żebraków, grajków, turystów, sprzedawców, gołębie. Tłumy kłębiły się wszędzie – pod empikiem, pod kościołem Mariackim. Pomnik Mickiewicza obsiadły wycieczki, niczym muchy starą kupę. Z Grodzkiej i Szewskiej wylewał się nieprzerwany strumień ludzi. Dorożki sunęły za człapiącymi końmi. Dzieci karmiły wielkie stado gołębi – jeden ze stałych punktów na rynku. Obsiadły dziewczynkę, trzymającą garść okruchów. Siedziały jej na rękach i ramionach, trzepotały skrzydłami, usiłując znaleźć miejsce dogodne do dziobania kawałków chleba. Dziewczynka była tak zaaferowana kontaktem z gołębiami, że nie uświadamiała sobie chyba, jaka będzie obsuwa, kiedy przynajmniej jeden ptak rzuci spod ogona kuposik prosto na jej czarną bluzkę.

Po drugiej stronie rynku pałętał się lajkonik. Właściwie nie wiem, jaki miał w tym biznes. Dzieci robiły sobie z nim zdjęcia, ale on nie brał od nich pieniędzy. Łaził po rynku, pozował, gładził czarną doklejoną brodę i gapił się gdzieś przed siebie. Podobno wcześniej było ich trzech. Trzech lajkoników, znaczy. Czyli o dwóch za dużo. Podobno jak się spotkali, to okładali się buławami, celem zwalczenia konkurencji. Podobno, bo ja tego nie widziałem. Ludzie tak mówili.

Po kilku minutach obijania się po rynku, stwierdziłem, że przedawkowałem to miejsce. Poszedłem najbliższą ulicą przed siebie. Znalazłem się na Plantach. Przeciąłem je i zagłębiłem się pomiędzy kamienice. Wtedy to, gdzieś w rejonie ulicy Zamenhofa albo równoległej do niej zauważyłem, że na kamienicy są dwie tabliczki: jedna z napisem “ul. Bitwy pod Lenino” i druga: “ul. Zamenhofa”, dajmy na to. Fajny relikt przeszłości. Jednak kilka godzin później i zupełnie gdzie indziej trafiłem na podobny numer: jedna tabliczka – powiedzmy Kwiatowa, druga Kościuszki. Takich przypadków jest znacznie więcej w Krakowie. Ciekawe, co na to listonosze?

Doszedłem jakoś do końca Kazimierza. Znalazłem się nad Wisłą. Przez most dotarłem na drugą stronę i okazało się, że jestem na Podgórzu. Znowu otoczyły mnie kamienice. Odrapane, ziejące chłodem okien. Ale nie myślcie sobie zbyt wiele. Nie były opuszczone, normalnie mieszkali w nich ludzie. Kiedy szedłem gorącą ulicą, wypełnioną żarem nie tylko słonecznym, ale również od silników samochodów czułem się mile opatulony w niewidoczny kożuch. To gorąco było przyjemne. Przechodząc obok bram, rozgrzane powietrze przecinał chłód wionący z wnętrz starych domów. Dolatywał mnie zapach minionych lat i lekkiej stęchlizny.

Nie pamiętam nazw ulic, którymi szedłem. Chociaż, gdybym spojrzał na plan, od razu bym sobie przypomniał co i jak. Im dłużej szedłem na chybił trafił, tym bardziej odrywałem się od rzeczywistości. Ponieważ nie miałem żadnego planu, konkrety poczęły znikać w chłodnych bramach, roztapiać się na rozgrzanym asfalcie. Szedłem tak godzinami. Kluczyłem w uliczkach, zaglądając ciekawie do szczelnie zasłoniętych okien. Mimo tego, doskonale wiedziałem, że tam mieszkają ludzie. Tu i ówdzie słyszałem głosy z telewizora. To przygłusi staruszkowie rozkręcali swoje radia i telewizory. W bramie prowadzącej na zaplecze jednej z kamienic, na starym stołku siedział strażnik. Miał rozpiętą koszulę, siwe włosy porastające klatkę piersiową wyłaziły pomiędzy połami koszuli. Leniwie podniósł głowę i spojrzał na mnie. Nie wiem, czy mnie w ogóle zauważył, bo zaraz opuścił wzrok, zajmując się swoimi myślami. Z bramy na przeciwko wyszła młoda kobieta z wózkiem. Spojrzała na mnie szybko i poszła dalej.

Pomyślałem sobie, że skoro ludzie przestają mnie zauważać, to znaczy, że zbliżyłem się do jakiegoś absolulu. Albo stałem się integralną częścią otoczenia i nie wyglądałem, jak przybysz z innej bajki, albo zniknąłem już w ogóle i tylko zapach spoconych stóp przypominał ludziom o tym, że gdzieś w pobliżu jest żywa istota.

Pamiętam ulicę Tatrzańską. Schody prowadzące obok starej, całkiem efektownej kamienicy stojącej na zboczu wzgórza. Niby nic, ale ten widok przykuł moją uwagę. Zatrzymałem się na chwilę, zadzierając głowę i próbując ogarnąć wzrokiem cały budynek. W otwartych oknach stały paprotki i kaktusy, gdzieś z góry dobiegał dźwięk fortepianu czy pianina. Był tak nikły, ale jednocześnie autentyczny w swoim brzmieniu, że mogłem się założyć o pięć złotych, że ktoś gdzieś na górze grał sobie, zamiast uciąć poobiednią drzemkę.

Dni zaczęły się zlewać ze sobą. Nie pamiętam, czy na Podgórzu byłem pierwszego dnia, czy ostatniego. Nie jestem pewien, czy Kamienica z fortepianinem stała obok kościoła, którego chłodne wnętrze ugościło mnie na chwilę, czy może niedaleko wieży telewizyjnej. Codziennie ten sam plan: pobudka, jakieś śniadanie, prysznic i myk na miasto. Prosto, a może w lewo? W prawo, czy schodami w dół? To były moje jedyne dylematy. Tak naprawdę nie byłem i nie jestem do dzisiaj pewien, gdzie tak naprawdę znajdowało się to miasto, po którym łaziłem całymi dniami. Był-li to Kraków, dawna stolica Polaków? A może jakieś inne miasto, które oprócz ohydnie zaludnionego rynku wymyśliłem sobie podczas długich spacerów?

I nagle, skręciwszy gdzieś, niespodziewanie znalazłem się na ulicy przytulonej do zbocza wzgórza. Po drugiej stronie jakiś areszt, dalej kawał ziemi otoczony płotem, jakiś stary dom z wielkimi drzwiami bramy zamkniętej przed laty, ale za to z szeroko otwartymi oknami. Gęste firanki bronią dostępu przed ciekawskimi spojrzeniami. Czuję chłód i jakby czyjąś obecność. Przystanąłem na moment. Wyraźnie czuję, że za tą grubą, nieruchomą firaną ktoś jest. Czy to człowiek, czy zwierzę? Może kot czai się na stole i podobnie jak ja jego, on nasłuchuje moich kroków. A może starszy człowiek, który wstał z fotela i ruszył do kuchni, żeby wypić szklankę chłodnej wody, przystanął, oparłszy się o oparcie krzesła i próbował złapać oddech lub dać odpocząć strudzonym nogom? Może to wszystko mi się tylko przywidziało. Po drugiej stronie ulicy, wsunięta w zbocze stoi przy krawężniku niewielka fabryczka albo warsztat. Niby niewielki, ale wysoki. Hala jest wysoka na kilka pięter i pusta w środku. Zastanawiam się, czemu służyła? Nie zdążyłem zadać sobie tego pytania do końca, gdy moją uwagę przykuł niewielki dom stojący przy samej ulicy. Parterowy, przykryty dwuspadowym dachem, wyglądał raczej na wiejski. Dwa zakurzone okna i drzwi wejściowe szeroko otwarte, znajdujące się poniżej poziomu ulicy. Żeby wejść do środka, trzeba było schylić głowę i zejść ze stopnia. Z wejścia wiało chłodem i czymś zmurszałym – starością? Śmiercią?

Uliczka nagle skończyła się i dotarłem do jakiejś większej arterii. Zatrzymałem się przed przejściem dla pieszych, czekając na zmianę świateł. Nagle usłyszałem pisk opon. Samochód zatrzymał się gwałtownie przed zmieniającymi się światłami. Trudno, co robić. Przeszedłem na drugą stronę. W czasie wędrówek po mieście, zauważyłem, że to taki “krakoski” styl jazdy: w zakręty wchodzić należy z taką prędkością, żeby opony zapiszczały. Im starsze, tym łatwiej piszczą. Jeśli dajmy na to jedziemy ulicą i widzimy zmieniające się światło, to nie hamujemy, jedziemy jeszcze spory kawałek i hamujemy w ostatniej chwili, żeby opony zrobiły robotę. Efekt jest jeszcze lepszy, kiedy na przejście wejdzie na przykład kobieta z rowerem.

Tak, to takie dwie charakterystyczne rzeczy: jeżdżenie z piskiem opon i tabliczki z dwoma różnymi nazwami ulic na domach.

Któregoś razu polazłem gdzieś w cholerę i znalazłem się na wielkim, ohydnym rondzie. Postanowiłem jak najszybciej zagłębić się w uliczki. Tak trafiłem na ulicę Kopernika, gdzie mieści się takie jakby miasteczko Colegium Medicum. Gdyby nie samochody, można odnieść wrażenie, że czas się zatrzymał i jesteśmy Krakowie na początku minionego wieku. Ulica ta wygląda niemal dokładnie tak samo, jak jedna z ulic we Lwowie, notabene przy niej również znajdują się jakaś wyższa uczelnia. Oczami wyobraźni widziałem już automobile sunące powoli uliczką. Do jednej z bram wchodził elegancko ubrany pan ze starannie przyciętą bródką. To na pewno był wybitny chirurg, który przeprowadził wiele pionierskich, acz udanych operacji. Z dorożki wysiadła para w zaawansowanym wieku. Staruszek zapewne jest emerytowanym wykładowcą Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po drugiej stronie ulicy przeszły dwie zakonnice. Mrugnąłem oczami i znowu po jezdni jeździły współczesne samochody, a starszy pan okazał się dresem gadającym przez komórkę.

Zmęczony upałem, schroniłem się w murach pobliskiego kościoła. Wielka, kuta krata oddzielała mnie od mrocznego wnętrza. Mrocznego dosłownie i w przenośni – nie dość, że przez okna wpadało mało światła, to na dodatek ściany pomalowane były na ciemne kolory. Utrzymane w czarnej, a może ciemnoczerwonej tonacji freski, czy polichromie niknęły gdzieś pośród chłodu, sięgając wysoko pod sklepienie.

Na takim bajaniu i łażeniu spędziłem czas w Krakowie. Kiedy w dniu wyjazdu, o świcie zadzwonił budzik, wstałem zaspany, drapiąc się po tyłku. Mogłem przysiąc, że wcale nie było tych pięciu dni.

poniedziałek, 31-07-2006 [09:44:49] | Poczytaj se mamo![484] | dorzuć coś | edycja wpisu


Przyjęcie z Nożami

Urządzimy Przyjęcie z Nożami. Zaprosimy wszystkich. W posiadłości za miastem, z dala od gorącego asfaltu, od okien złowrogo błyskających lipcowym słońcem. Nie będzie nas rozpraszać stukot tramwajów sunących po roztapiających sie szynach, nie przeszkodzi nam szum grzejących sie silników samochodowych. Nie bedziemy z utęsknieniem wyczekiwać na powiew gorącego wiatru. Nasze kroki nie będą tonąć w asfalcie, który podeszwom oddaje swoje nienaturalne ciepło.

Otoczy nas cisza przerywana szelestem liści. Na wejściu powitamy z uśmiechem gości. Będziemy im się kłaniać i pytać jak zdrowie, co słychać. Wskażemy im miejsca przy stolikach. Szwedzki stół już ugina się pod ciężarem żarcia i napitków wszelkiego autoramentu, goście posyłają tam spojrzenia spragnione zimnych napijów i lekko strawnych sałatek rodem z krajów basenu Morza Śródziemnego. Usiądą w przytulnym chłodzie, czując w kieszeniach i torebkach przyjazny chłod noży. Najpierw jednak nałożą sobie na talerze przygotowane specjały, szklanki i kieliszki wypełnią różnokolorowymi drinkami albo schłodoznym alkoholem ze stukającymi delikatnie kostkami lodu. Panie wprawnym ruchem bedą ssać procenty przez słomki, w tym samym momencie panowie będą mruczec z zadowolenia nad wybornymi koniakami i winami.

Wszędzie rozleje się gwar rozmów. Na stolikach pojawią się papierosy i zapalniczki. Z niewidocznych głośników dochodzi nas dyskretna muzyka. Takiego nastroju pozazdrości niejedno kolorowe pismo, które chciałoby przysłać swoich dziennikarzy incognito albo i oficjalnie. Ale oni nie bedą mieli tu wstępu. Zapadł już słodki zmierzch, który pokrył niebo porozciąganymi chmurami, ponad którymi wszystkimi odcieniami ciepła żarzy się zachodzące słońce. Przyjęcie to dobry sposób na zakończenie tego długiego dnia, pełnego nużącej pracy, którą goście wykonują tylko po to, żeby móc wypchać porfele i kupić sobie sterty ładnych i modnych rzeczy. Skąpo okryte ciała pań pachną parfumą i kremem z wysokim filtrem. Wokół panów roztacza się zapach wody kolońskiej i drogich cygar wymieszany z testosteronem. Kreacje przyciągają oczy, wzrok z radością ślizga się po dekoltach, wycięciach i odsłoniętych częściach ciała zgromadzonych pań.

Przyjęcie powoli wypełnia cały teren posiadłości, tworzą się kółka znajomych, wypełniają sie również pokoje. Niektórzy szukają odosobnienia, aby w ciszy dokończyć biznesy albo zmacać swoje kochanki. Niektórzy zamykają sie w toalecie, żeby przygotować sobie kreskę albo dwie. Nie wiadomo skąd dochodzi zapach marihuany. Alkohol powoli zaczyna wchodzić w reakcje z organizmem. Gdzieś zza ogrodzenia dochodzi coraz słabszy śpiew ptaków, które w swoich gniazdach zasypiają na wysiadywanych jajach. Goście w pokojach powoli unoszą się, wiszą nad podłogą, nie mogąc dotknąć podłogi. Oblepia ich niepokój. Na ich skórze pojawiają sie krople strachu. Zapomnieli o czymś, nie zrobili bardzo ważnej rzeczy. Tylko co to miało być? Ale są już wysoko, żeby sięgnąć do pozostawionych na stole torebek i marynarek. W głowach pojawia się coraz silniejsze pragnienie spojrzenia w elektroniczny organizer. Rozprasza ich jednak widok cudzych żon i narzeczonych. A one zerkają dyskretnie na obcych panów. Patrzą na ich wypielęgnowane dłonie, sprawdzają, czy mają kształtne tyłeczki i na rozporki, które mają kryć wielką tajemnicę. Ale przecież mieli coś zrobić, zaraz, zaraz, cholera, zapomniałem.

Wypływają więc z domu, kierując się w stronę stołu z napojami. Mają kłopoty z sięgnięciem po wodę, po następnego drinka. Coraz tbardziej oddalają się od ziemi. Wirują już na znacznej wysokości, wokół nich krążą inne twarze, nękane niewypełnionym do końca planem dnia. Sięgają wtedy do kieszeni, a przyjemny wieczór zamienia się ponownie w upalny dzień. Prognoza pogody mówi nieubłaganie - trzydzieści stopni w cieniu, wentylatory i klimatyzacja pełna roztoczy nie przynoszą już ulgi. Ich ciała rozpalają się, niemal płoną ogniem, a ból głowy staje się nie do zniesienia. O czym zapomniałem?

Gwary rozmów już dawno umilkły, oddaliły się za niewidoczną kurtynę. Tylko tykanie zegarków staje się coraz bardziej natarczywe. Ręce w kieszeniach zaciskają sie na rękojeściach, w końcu to Przyjęcie z Nożami. Wszyscy doskonale wypełnili swoje zadanie, mimo że nikt ich o to nie prosił. Nie wszyscy namacli chłodne ostrza. Mimo kilkugodzinnego leżenia w kieszeniach, nie nagrzały się. Przyłożone do skroni, do czoła mogłyby przynieść chwilowe zbawienie w postaci śladowego chłodu. Na kilka, kilkanaście sekund. Ale nic z tego - nikomu nie przychodzi to do rozpalonych głów.

Słońce atakuje ze zdwojoną siłą. Po ciepłym wieczorze nie ma ani śladu. Temperatura wzrasta - uciekam z miasta. Złote promienie kują w głowy, błyskają na sprzączkach i guzikach, odbijają sie od oprawek eleganckich okularów. Pot ścieka po twarzach, pod pachami tworzą sie ciemne mokre plamy. Wszyscy nagle przypomnieli sobie, po co tu przyszli.

Są już gotowi, wyciągają swoje noże i zadają nimi ciosy niczym pocałunki. Niektóre są symboliczne, jak cmoknięcie w policzek na powitanie, inne namiętne, jak zetknięcie się ust pary kochanków, tuż przed gorącym seksem podyktowanym przez zmysły. Błyszczące w świetle lamp ogrodowych ostrza ślizgają sie po odsłoniętych sukniach, plączą się pomiędzy krawatmi. Nie wszystkie ciosy są celne, nie wszystkie zamierzone. Kostki lodu na stole z napojami roztapiają się powoli, ptaki w gniazdach wiercą się, zaniepokojone ciszą dobiegającą z posesji. Dom sprawia wrażenie, jakby mieszkała w nim spokojna rodzina, która właśnie ogląda telewizję. W ogrodzie nie ma już nikogo, straszą tylko rozgrzebane talerze z lekkostrawnymi sałatkami i niedopite alkohole. Ktoś zostawił w popielniczce zapalonego papierosa.

poniedziałek, 10-07-2006 [14:53:21] | Poczytaj se mamo![1551] | dorzuć coś | edycja wpisu


Alleluja i do przodu

Pewno zarobieni jesteście. W swoich pokojach albo open-spejsach, służbowych samochodach tkwiących w korkach, osiedlowych sklepikach spożywczych, czy gdzie tam jeszcze pracujecie. Albo nie. Może planujecie jakieś wyjazdy, urlopy, wycieczki, już-już widzicie oczami wyobraźni dalekie krainy, w których egzotyczni tubylcy oprowadzają po starożytnych tajemnicach przeszłości. Walizki, plecaki i torby podróżne pękają w szwach od nadmiaru mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, które przecież mogą się przydać.

No i bardzo dobrze. W końcu każden jeden potrzebuje wytchnienia od Fotoszopów, Exceli, rozmów z kontrahentami czy nieterminowych dostawców. Wszystkie znaki na niebie i Ziemi wskazują, że kanikuła jest jak trzeba. Słońce świeci i... to wystarczy. Po dziewięciu miesiącach szarzyzny za oknem i w życiu codziennym to jedyny okres w naszej szerokości geograficznej, kiedy można dać se na luz. No chyba, że byliście w lutym w Indiach, Brazylii czy na Lazurowym Wybrzeżu. W takim razie nie czytajcie, nie warto.

Słońce jest fajne. Upał też można łazić po mieście albo gdziekolwiek indziej ubranym byle jak i nikt nie powie złego słowa. Zawsze można powiedzieć, że w taki upał nie sposób ubierać się elegancko, a kto wie – czasem nawet makijaż może spłynąć. Tylko jedna rzecz burzy słodycz lata. Skarpetki i sandały na raz. Ale w końcu jest demokracja i wszystko można.

Za każdym razem kiedy się budzę, a w okna uderzają gorące promienie słońca, serce moje roście. Wyobraźnia rusza z kopyta i widzę siebie na szlaku przygody rodem z Pana Samochodzika, kiedy za każdym zakrętem czai się przygoda albo chociaż zwalone drzewo, które blokuje drogę. Ręce w krótkim rękawku stają się coraz bardziej brązowe, w przeciwieństwie do torsu, świecącego zimową jeszcze bladością.

Czas więc wleźć na rower i pojechać, gdzie oczy poniosą. Inaugurując wakacje, o 7.40 czasu miejscowego, stawiłem się karnie na Dworcu Centralnym, celem dotarcia do perły polskiego wodniactwa mineralnego – Nałęczowa. Na trasie stolica-Nałęczów kursuje pociąg, który w swoim składzie ma wagon do przewożenia rowerów – miodzio. Atrakcje zaczynają się jeszcze przed wejściem do wagonu. Kiedy tylko pociąg wjedzie na tor piąty przy peronie pierwszym, tłuszcza zgromadzona przy owym peronie zaczyna wykonywać ruchy, jakich by się nie powstydziła polska husaria w którejś z opiewanych bitew. Zaczynają się krzyki, płacz, histeria, bieganie i targanie tobołów. Tłumy zdenerwowanych podróżnych, depcząc sobie nawzajem po piętach, pchają się do wąskich wagonowych drzwi, blokują wyjście innym rozhisteryzowanym podróżnym, którzy ze swoimi tobołami nie są w stanie wysiąść, bo ci na peronie skutecznie blokują wyjście. Jak powszechnie wiadomo, w narodzie naszym w szczególnych przypadkach wytwarza się szczególny klimat. Z ubolewaniem muszę zauważyć, że nie jest to klimat nomen omen solidarności, lecz dążenia po trupach, aby tylko wychapać swój kawał rąbanki.

Opodal tłumu kłębiącego się przy jednym z wejść, stoi kerownik pociągu i z dobrotliwym uśmiechem pod wąsem przygląda się scenom, przy których niejaki Dante to amator. Z głośnika służbowej krótkofalówki dobiegają tajemnicze komendy i meldunki. Okazuje się, że 21215 jest opóźniony i wjedzie na inny peron.

Kiedy płacz i zgrzytanie zębów milkną na zewnątrz wagonów, mogę wreszcie wpakować się ze swoim dobytkiem do wagonu rowerowego. Udało się... i zaraz schodzę na ziemię. Kanikułą w pełni, takoż i wagon rowerowy – jak nic upchano w nim ze dwieście rowerów. Młodzież rusza na wycieczki. Na szczęście znalazłem wolny kawałek miejsca niedaleko drzwi. Ufff...!

Nagle do wagonu wpada rower. Zaraz drugi. To jacyś spóźnieni wędrowcy rowerowi. Ojciec z córką i synem. Klasyczny besserwiser – dyryguje biednymi dziećmi. Ten rower ustaw tak, a ten tak. Oprzyj tutaj. Teraz przypnij, żeby się nie przewrócił. A przecież wagon jest tak napchany rowerami, że choćby bardzo chciał, to się nie przewrócą. Gdzieś pomiędzy bicyklami kręci się wytrawny podróżnik. Wędrowiec, jakich dziś ze świecą szukać. Przeczytał wszystkie poradniki i strony internetowe na temat podróżowania rowerem. Rower jego kapie od sprzętu: lampka, tu, lampka tam, rury ramy owinięte srebrno taśmo, żeby zatrzeć logo znanego producenta i nie kusić złodzei w egzotycznych krainach takich jakich Rzeszów czy Zagórz. Do tego ze cztery sakwy i fikuśna, jednokołowa przyczepka. Wytrawny podróżnik kręci się wokół swojego sprzęta, cos poprawia, odpina, przypina, ustawia. Szaconek, maestro!

Kiedy wreszcie pociąg ruszył, obieżyświat wyciągnął cyfrową lustrzankę Nikona i zaczął uwieczniać wnętrze wagonu, ze szczególnym uwzględnieniem swojego roweru. Pewno podpisał cyrograf z jakimś sponsorem wycieczki i musiał mu dostarczyć 24675 zdjęć, które dokładnie udokumentują wyprawę i wyeksponują logo producenta. Ej, nie śmieję się, rozumiem to, pewno sam bym tak robił, gdyby jakiś bogaty sponsor sypnął mi 200 złotych, też bym starał się odrobić pańszczyznę.

Kiedy podróżnik się uspokoił i rozłożył się na karimacie, wciskając się pomiędzy rowery, pośród welocypedów zaczęła przeciskać się młodzież gimnazjalna, może licealna. Mieli straszne parcie na przypięcie rowerów. Zapewne dostali rozkaz od kierownika ich wycieczki, żeby zabezpieczyć sprzęt na polu walki. Po raz trzeci przypominam, że rowery były tak ściśnięte, że nawet licznika nie dałoby się ukraść.

Po młodzieży do akcji ruszył wspomniany już ojciec-besserwiser. Na szczęście niegroźnie – z plecaka wyciągnął kanapki i Wybiórczą. Jedną ręką zaczął ją wertować, w drugiej trzymał kanapkę. Efekt był taki, że ogromne płachty Wybiórczej pokryły część korytarza, rowery i mnie przy okazji.

Podróż koleją do Nałęczowa trwa zaledwie dwie godziny, ale jak się ma szczęście, to może być wyprawa pełna atrakcji. Kiedy ojciec-besserwiser uporał się z gazetą, do rowerów zaczęli przedzierać się ci, którzy wysiadali w Dęblinie. Zaczęło się odpinanie, przenoszenie, przechodzenie, wychodzenie. A wszędzie mówią, że wakacje na rowerze to sama przyjemność. Dobra, Dęblin już za nami. Ale obieżyświat zaczął mieć lęki. Z przerażeniem w oczach, ściskając wydruki z internetu, zaczął wypytywać wszystkich, czy tego wagonu nie odpinają w Lublinie. Odpowiedziałem, że nie – wagon rowerowy jedzie do samego końca, czyli jakiegoś Zamościa albo nawet Zagórza. Znalazł się jednak jakiś lepszy cwaniak, który biednemu podróżnikowi zrobił wodę z mózgu, twierdząc z uporem maniaka, że w Lublinie wagon odpinają i trzeba się przenieść do innego wagonu. Kiedy wspomniany pacan wysiadł w Puławach, powiedziałem podróżnikowi, żeby się nie bał, bo ten wagon jedzie do końca. A przez zakratowane okna wpadały mile łechcące wyobraźnię promienie słońca i lekki wietrzyk, który zapraszał do wędrówki pośród pól i lasów...

Wreszcie nasz pociąg zatrzymał się na stacji w Nałęczowie. Udało mi się wyciągnąć rower z sakwami na peron, który znajdował się jakieś pół metra poniżej poziomu wagonu. Nawet nie upuściłem roweru ani nawet nie odpadła mi sakwa, bo miałem je przypięte na słowo honoru. Ile to się człowiek umorduje, zanim wreszcie zacznie te wymarzone wakacje, nawet jeśli wyjeżdża tylko na weekend!

Nałęczów, jak wynikało z uprzednio odwiedzonej przeze mnie strony internetowej, jest malowniczym miasteczkiem, pełnym urokliwych drewnianych willi, w których w latach świetności wypoczywali, zażywając zdrowego powietrza nobliwi panowie i eleganckie panie, popijając przy tem wody mineralne ku zdrowotności.

Dzisiaj Nałeczów jest równie urokliwym miasteczkiem, wille jeszcze nie runęły, a nawet wiele z nich zostało wyremontowanych i kuszą steranych życiem letników wypoczynkiem na drewnianych werandach, w cieniu stuletnich dębów i sosen.

A zaraz za Nałęczowem, w kierunku Kazimierza Dolnego, zaczęła się rozkosz rowerzysty. Długie kręte szosy, które raz po raz wspinają się na wzgórza, po to aby za chwilę szaleńczo stoczyć się w dolinę. Pokonanie 25 kilometrów zajmuje mi chwilę. Ale nie jadę wprost do Kazimierza D., jak głoszą drogowskazy. Wspierając się mapą, kluczę po lokalnych drogach, niestrudzenie podjeżdżając i zjeżdżając. Po niecałej godzinie jestem w pobliżu wiślanej mekki artystów i idiotów. Łatwo to poznać, kiedy jedzie się bocznymi drogami. W zakątkach okolonych drzewami dumnie prężą się luksusowe dacze, przed którymi stoją drogie samochody z warszawskimi rejestracjami. Na bramach i drzwiach domów letniskowych, choć kilka z nich można śmiało nazwać pałacami, widnieją tabliczki z logo agencji ochroniarskich. Gdzieniegdzie tylko stoi stary drewniany dom, porośnięty bluszczem, otoczony krzacorami po pas. Jeszcze pewnie parę chwil i zamieni się w wypasioną willę biznesmena, artysty czy innego milionera z Warszawy.

Wreszcie dojeżdżam do Kazimierza. Rynek, studnia, fara, te sprawy. Po uliczkach przewalają się tłumy spoconych przyjezdnych. W podcieniach siedzą miejscowi artyści ze swoimi landszaftami i jeleniami na rykowiskach, wachlując się uparcie. Lody ciekną dzieciom po rękach, kebab śmierdzi na pół rynku, a cyganki żebrzą, żeby ich dzieciom kupić bułkę. Jadę nad Wisłę. Od wody wieje, jak nad morzem. Przy bulwarze przycupnęły dziesiątki jadłodajni – pizzerie, smażalnie ryb, lodziarnie. Pod parasolami targanymi podmuchami wiatru siedzą letnicy, wcinając włoskie placki i ryby z frytkami. Na ławce kilka pankowych dziewcząt z dredami i kolczykami śpiewa wyświechtane do granic możliwości, przebrzmiałe hiciory polskiej muzyki rokowej.

Sielanka, wiecie. Właśnie taki klimat, jakiego można oczekiwać, kiedy chce się odpocząć od zgiełku miasta. Siadam w smażalni, zamawiam obiad i zastanawiam się, co dalej. Planowałem nocować w Puławach, mam obczajone takie schronisko za 20 zeta za noc. Dzwonię, a tu skucha – mają zjazd młodzieży i wszystkie miejsca zajęte. Po konsultacjach telefonicznych z kolegą, odnośnie ewentualnego noclegu, stwierdzam, że pora jest wczesna i ruszam do Warszawy.

Z Kazimierza D., do Puław jest raptem 15 kilometrów. Myślałem, że dojadę tam w mgnieniu oka. Nic bardziej mylnego – jak to mówią studenci polonistyki: biednemu zawsze wiatr w oczy, nóż w plecy i chuj w dupę. Może nie tak dokładnie, jak w powiedzeniu. Wystarczy wiatr w oczy. Walczę z tym pieprzonym wiatrem, kręcę pedałami, zmieniam przerzutki i mam wrażenie, że stoję w miejscu. W obie strony po szosie sunie sznur samochodów. Do Puław dojeżdżam schetany jak siemasz. Siadam gdzieś pod drzewem, patrzę tępo w mapę i nic mi nie przychodzi do głowy. Wszystko przez ten wiatr. Jest naprawdę wkurwiający. Jeśli tak dalej pójdzie, to za trzy dni będę w Warszawie. Na szczęście zawsze mam plan B. Mniej więcej wzdłuż mojej trasy biegnie linia kolejowa. Jak już będę padał na ryj, dojadę do stacji i zapakuje się w pociąg. A na razie – wsiegda wpieriod!

Kiedy kluczę po Puławach, szukając wyjazdu na Dęblin, dogania mnie gość na rowerze. Widać, że jest w temacie. Dzwoni kilkakrotnie, zrównujemy się i zaczynamy gadać. Pokierował mnie na wylotówkę, mówiąc że teraz będzie mi łatwiej, bo będę jechał z wiatrem. Chyba cos mu się pomyliło, bo wciąż jadę pod wiatr. Za plecami zostawiłem już Puławy, międlę łańcuch, żyła mi wychodzi, pływam w pocie. Od walki z wiatrem prosto w twarz zaczynają mnie boleć mięśnie nóg. Zastanawia mnie ten fenomen – przecież nie wieje siódemka, a już wymiękam. Zaciskam zęby, co robić, jadę. Zjeżdżam z głównej szosy, bo wkurwiają mnie samochody, mijające mnie w odległości 30 centymetrów. Dojeżdżam do wsi Gołąb. Robię przystanek – sklep, woda, sok, czekolada – węglowodany żeby podładować baterie. Z nieba leje się żar.

Wspominam poranek, kiedy słońce było zachętą do wspaniałej, choć niedalekiej wyprawy. Miało być tak fajnie. A tu niemalże krew, pot i łzy. No i wiatr. Teraz słońce jest przekleństwem, jego promienie rażą dotkliwie. Podciągnąłem rękawki koszulki, żeby nie opalić się na klasycznego ciecia – w krótki rękawek. Teraz ramiona są już różowe, jak świńska dupa. Do wieczora będą mnie piekły. Brakuje tylko swądu spalenizny. Zastanawiam się, jak sobie radzą cwaniaki, które jeżdżą przez pustynie. Pewno kwestia przyzwyczajenia.

Z Gołębia do Dęblina jest jakieś 15 kilometrów. Majdruję przerzutkami, staram się utrzymać równe tempo, ale ciężko to idzie. Wszystko przez ten wiatr, co za złośliwy skurwysyn! Kiedy przed wyjazdem sprawdzałem prognozę pogody, siła wiatru wyglądała niewinnie. Trzeba było sprawdzić pogodę dla żeglarzy. Na takich rozmyślaniach upływa mi droga do Dęblina. Zza horyzontu dobiega mnie szum silników odrzutowych – jest tu lotnicza szkoła wojskowa, a ja ciągle mam wrażenie, że zbliża się pociąg. Jadę za drogowskazami, kierującymi mnie na dworzec kolejowy. Muszę zrobić przerwę – najlepiej w pociągu.

Najbliższy mam za dziesięć minut. Kupuję bilet do Warszawy. Pakuję się do pociągu – “Przedział dla podróżnych z większym bagażem ręcznym”. Oczami wyobraźni widziałem już tłumy Zenków i Heńków, które wsiądą za chwilę do tego przedziału. Spocone twarze, sprane koszule, w rękach puszki z Tatrą Mocną, w powietrzu zapach Fajrantów. Tak kiedyś podróżowałem z Ciechanowa do Warszawy przez trzy czy cztery godziny. Wtedy dodatkową atrakcją były jeszcze pościgi i ucieczki po całym pociągu przed kanarami osławionej Renomy – firmy, która na tamtej trasie miała umowę o kontrolę biletów. Wtedy miejscowi jeździli na pałę, kryjąc się przed karkami z identyfikatorami. Zapomniałem jednak, ze wtedy był dzień roboczy, czwarta rano i całe Mazowsze jechało na siódmą, ósmą do roboty na zakładzie.

Teraz mamy pierwszy dzień wakacji, wczesne sobotnie popołudnie. Oprócz dwóch dresów w korytarzu, w pociągu pustki. Pociąg kiwał się miarowo, mimo otwartych okien do środka wpadała znikoma ilość świeżego powietrza. Po jakimś czasie obudziłem się, podrywając głowę i sprawdzając, czy przypadkiem mam jeszcze licznik w rowerze. Dookoła duchota, cisza i spokój. Kiedy obudziłem się po raz drugi, dresy z korytarza wysiadały na stacji Rokitnica.

Pociąg kolebał się z jednostajnym stukotem, kimałem na dzięcioła, a za oknami przesuwały się pola, zagajniki, domy, domki, gdzieś tam w środku siedzieli ludzie, jedząc sobotnie obiady, edzili się w dymie z grilla, popijając piwo. Nad tym wszystkim unosił się ciężki błękit przypiekany pustynnym słońcem. Skład zatrzymał się w Pilawie, a ja wykonując ekwilibrystyczne sztuki, wytarabaniłem się z rowerem na peron. Owionął mnie gorąc niewielkiej stacji. Stałem na katafalku peronu, pociętego cieniami zwisających przewodów elektrycznych. Pociąg zaterkotał i z głośnym stukotem odjechał w stronę Warszawy. Rozejrzałem się dookoła.

Podniosłem głowę, otwierając oczy. Przede mną, oparty o ścianę wagonu stał mój rower, obładowany sakwami. Pod ręką leżał plecak. Obraz za oknem przesuwał się, jak w telewizorach plazmowych zawieszonych na ścianach. Oblepiał mnie pot i sen. Czułem się zmęczony i nienaturalnie rozgrzany. Wyciągnąłem mapę. Do Pilawy były jeszcze ze trzy stacje. Sięgnąłem do plecaka po czekoladę. Rozerwałem stopioną tabliczkę, która miała konsystencję i kolor gówna. To porównanie nie zraziło mnie jednak. Zacząłem obracać w ustach urwane prostokąciki, które roztapiały się do końca, rozprowadzając błogą słodkość w ustach. Zeżarłem z pół tej czekolady.

Wiedziałem, że wysiądę w Pilawie. Kiedy pociąg, według mnie po raz drugi, zatrzymał się na tej stacji, szybko złapałem rower, przecisnąłem się przez drzwi na korytarz i wytargałem rower na peron. I tak jak we śnie, stałem na katafalku peronu. Sama stacja wyglądała inaczej, ale była bardzo zbliżona do tej, która mi się przyśniła. Dwa długie perony, pomiędzy nimi wąwozy wyłożone torami, budynek stacji majaczący jakby na horyzoncie. Choć nie była to duża stacja. Na końcu peronu ktoś przejeżdżał rowerem przez tory, przede mną szła rodzina ubrana w stylu odpustu w Korzonkowie w 1987 roku.

Dogoniłem ich i spytałem, jak wyjechać na Górę Kalwarię. W odpowiedzi zostałem zasypany mnóstwem informacji, których nijak nie mogłem poukładać w głowie w spójną całość. Mąż i żona zaczęli bezładnie przekrzykiwać się, emocjonując się możliwością udzielenia informacji. Miałem jechać prosto, przy kościele w prawo, a na skrzyżowaniu w Warszawicach skręcić w prawo albo i w lewo. Potem miało być rondo, od którego znaki już mnie poprowadzą. Spytałem wskazując ręką, czy mam jechać tędy? Tak, tędy, a potem... i znowu to samo. Wyjaśniali mi, jak mam przejechać dwadzieścia kilomrtów, jak gdybym miał pokonać dziesięć tysięcy kilometrów przez puszcze, błota i piaski. Brakowało tylko ostrzeżenia, żebym uważał na lwy i skorpiony. Podziękowałem i posadziłem bolącą dupę na siodełku. Trasa była oczywiście banalnie prosta – wystarczyło jechać szosą, aż do końca.

Słońce chyliło się ku zachodowi, jego światło stało się jakby bardziej przyjazne, zieleń pól i odległych lasów stała się pomarańczowa, ciepła. Na pastwiskach okolonych elektrycznymi pastuchami stały bądź leżały krowy, jak zawsze leniwe, żujące swoją porcję zieleniny, która powróciła z leżakowania w pierwszym żołądku, na dalsze przeżucie, zanim trafi do drugiego. Droga wiła się delikatnymi zakrętami. Mijałem wsie, w których stały jeden przy drugim identycznie nudne pudłowane domy z lekko spadzistymi dachami. Niektóre z nich miały ściany wyłożone tłuczonymi talerzami, tak jak to było w prowincjonalnej modzie w latach siedemdziesiątych, kiedy Gierek zafundował rolnikom tanie kredyty na budowę domów, stodół i obór. Zagrody okalały ogrodzenia z charakterystycznymi metalowymi wygibasami. Przed domami rosły malwy, a obok stały maluchy i zachodnie samochody, sprowadzone za 50 euro z reichu.

Dojechałem do Wisły. Z lewej strony pojawił się wał przeciwpowodziowy, w oddali majaczyły zarysy mostu przez Wisłę. Tam chciałem dojechać. Kiedy po chwili znalazłem się na moście, przez kilka minut sunęły obok mnie dziesiątki tirów, niemal spychając mnie na barierkę. Trzymałem się dzielnie. Jazda przez most wydawał się nie mieć końca – ryk silników tirów i szum samochodów osobowych powodował, że każda minuta ciągnęła się jak rozgrzana smoła.

Szczęśliwie, znalazłem się na rondzie w Górze Kalwarii. Stąd miałem jakieś trzydzieści kilometrów do domu. Przeciąłem na ukos rynek z kwadratem ulic ze spękanym asfaltem, ale za to z zadbanym klombem przed urzędem gminy. Znalazłem się na dobrze mi znanej ulicy biegnącej skrajem skarpy. Po lewej stronie ciągnął się ceglany mur jakiegoś kombinatu, może jednostki wojskowej, a po prawej stały ładne, przedwojenne wille, z których roztaczał widok na dolinę Wisły i jej przeciwległy brzeg. Przed wojną mieszkali tu zapewne inżynierowie, lekarze i tym podobni. Szosa nagle jakby uskoczyła w bok i zaczął się morderczy zjazd ze skarpy. Nie musiałem nawet pedałować, żeby po kilku sekundach zapierdalać prawie 50 km/h. Przejechałem pod wiaduktem i zniknąłem.

Nie wiem, co się ze mną działo przez następne dziesięć może piętnaście kilometrów. Jechałem w jakimś amoku, kręcąc pedałami w jednym tempie, a głowie nie miałem nic. Czułem się pijany, ale zachowałem pełną koordynację. Widziałem wszystko dookoła, ale nie byłem w stanie nic pomyśleć. W pewnym momencie zatrzymałem się i usiadłem przy polnej drodze, w którą w pewnym momencie zamieniła się asfaltowa szosa.

Wtedy zaczęła do mnie docierać rzeczywistość. Gdzieś od strony Wisły dobiegały dźwięki katowanego silnika – to pewnie offroadowcy albo motocrossiarze jeździli po rzecznych łachach. Obok mnie rósł zagajnik jałowców. Wyciągnąłem z sakwy butelkę wody i wypiłem półtora litra niemalże za jednym zamachem. Posiedziałem jeszcze kilka minut i stwierdziłem, że musze jechać dalej, bo inaczej tutaj zasnę. Znowu dupa na siodełko i w drogę.

Polna droga, szuter, piasek, polna droga, szuter. Nawierzchnie zmieniały się jak w kalejdoskopie. Licznik kilometrów jakby stanął w miejscu. Myślałem, że przejechałem już pięć, a tak naprawdę tylko siedemset metrów. W głowie miałem watę, czułem się jakbym ściągnął ze dwa buszki dobrego tematu.

Wreszcie podjazd i mostek. To znak, że jestem na wysokości Konstancina. Dobra moja, już niedaleko. Zaczyna się pojawiać coraz więcej rowerzystów. Kiedy nie wiedząc jak i kiedy dojechałem do hałdy obok Wału Zawadowskiego, poczułem się odrobinę lepiej. Zaczęły mi wracać siły i świadomość. Pewnie dlatego, że byłem już blisko domu. Skręciłem w Prętową, zaraz potem w prawo w Bruzdową i dalej prosto, aż do uliczki o tajemnej nazwie Grabalówki. Znalazłem się w krainie badylarzy. Wszędzie dookoła było pełno długich szklarni, miałem wrażenie, że obok mnie ciągnie się najdłuższa szklarnia na świecie. Goździki, pomidory, truskawki i co tam jeszcze można hodować pod szkłem.

Potem już asfaltowy luksus, mogłem się rozpędzić: Rosy i Ruczaj. Piękna droga, z jednej strony pola, trochę domów, a w oddali skarpa, na której leży Wolica, a tuż za nią zaczyna się Ursynów. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy jak podjeżdżam pod skarpę, skręcam w stronę metra, już dojeżdżam do domu. Ale zanim ulica Rosy przeszła w Ruczaj, a ta w Vogla, zrobiłem jeszcze kilka kilometrów.

Wreszcie dojechałem do Przyczółkowej. Przede mną były już tylko pola. Tak to się nazywało od zawsze i od zawsze były tu pola. Jeszcze kilka lat temu walały się na tych polach wraki Syrenek, resztki pralek. Polnym dróżkami wędrowali mieszkańcy Ursynowa do pałacu w Wilanowie. Psy miały nieograniczony teren do biegania i bezkarnego srania. Ale kasa, kasa, kasa robi swoje. Z jednej strony straszą kikuty ohydnej ruiny, którą niektórzy nazywają Świątynią Opatrzności Bożej, z drugiej strony powstaje tu osiedle mieszkaniowe. Zatarły się stare dróżki polne, którymi się łaziło przed laty, na ich miejsce pojawiły się drogi dla ciężarówek wyłożone betonowymi płytami. Już niebawem będą tędy sunąć samochody zadowolonych mieszkańców, którzy mają mieszkanie w takiej ładnej okolicy. Będą wjeżdżali do podziemnych parkingów, otwierali bagażniki samochodów na kredyt i wyciągali z nich niekończące się siaty z zakupami z hipermarketów. A potem usiądą z drinkiem przed telewizorem plazmowym o tysiącu kanałów i będą zachłannie wgapiali się w wiadomości pełne wojen, ofiar i relacji z prac rządu.

Znikną wtedy resztki pól i zagajników, po których hasałem jako beztroskie dziecię, wypatrując pogiętego błotnika Syrenki i skrzeczących żab. Nikt już nie pójdzie na długi spacer do Wilanowa i z powrotem, bo pojawią się ogrodzone getta, pełne kamer i ochroniarzy w budkach. Zakurzona polna droga ustąpi miejsca gównianej nawierzchni ze sraczkowatej kostki bauma. A pola i lasy będziemy mogli obejrzeć chyba tylko w albumie fotograficznym albo w telewizorze.

Udało mi się znaleźć ścieżkę pomiędzy budowami i dojechać do podnóża skarpy. Jeszcze tylko mozolny podjazd pod górę i znalazłem się obok stadniny koni. Stąd miałem już rzut beretem do domu. Otoczyły mnie wielkopłytowe bloki, minąłem ulice Alternatywy 4, która tak naprawdę nazywa się Marii Grzegorzewskiej, trafiłem na KEN i po kilku chwilach stałem w pokoju, pokryty kilkumilimetrową warstwą potu, kurzu i słońca.

Spojrzałem na licznik – tego dnia przejechałem 140 kilometrów. To był kawałek solidnej, nikomu niepotrzebnej, ale jakże zajebistej roboty.

Teraz kolej na was. Upychacie kolanem swoje niedomykające się walizki? Zapinacie plecaki? A może dopiero siedzicie z mapą w ręku, zastanawiając się, gdzie by pojechać tym razem.

środa, 05-07-2006 [13:33:31] | Poczytaj se mamo![5543] | dorzuć coś | edycja wpisu


Kochasz ją albo jego? Wziąłeś atrakcyjny w swoim mniemaniu kredyt, po przejrzeniu pierdyliarda ofert? Cieszysz się ze swoje pracy? Cieszysz się tylko trochę ze swojej pracy? Jest chujowa, ale dajesz rade - na życie wystarczy? Szef jaki jest każdy widzi. W każdym razie jest lepiej niż u Dilberta? To jest wystarczający powód do radości. Jeśli jeszcze masz dziewczynę lub chłopaka, któego kochasz, to czego można chcieć więcej? Przyjechałaś albo przyjechałeś do Warszawy rok temu lub dziesięć lat temu. Jesteś rodowitym Warszawianką albo Warszawiakiem. Z Żyrardowa, jak znam życie. Orajt, to wszystko są szczegóły. No i pewnie studia też masz za sobą - zarządzanie, archeologię, bibliotekarstwo, politologię, inżynierię materiałową, elektronikę. A jakże. Dyplom ważna rzecz. Bez tego ani rusz. Bez tego możesz co najwyżej zostać operatorem wózka widłowego (o ile masz uprawnienia) czy rozwozić pizzę rozjebanym skuterem. Dziewczęta mogą sprzedawać buty czy kiecki na jakimś bazarze.

Można także wyruszyć za chlebem do rajów umiłowanych - do Irlandii, Wielkiej Brytanii, od kilku dni do Hiszpanii czy Portugalii. Co odważniejsi górale zasuwają do USA, bo tam siedzą ich rodziny bliższe i dalsze. Można sufity wykłądać i azbest zdzierać. Laskom dobrze jest poznać tambylca i się ochajtać szybciej lub wolniej. O Polakach, którzy by sie ochajtali z tamtejszym laskami nie słyszałem, chyba jestem lamerem w temacie.

No i dłubiesz jak ta mróweczka swoją robotę - azbest w Nju Jorku, księgowość w Warszawie i cieszysz się, że zarobki są w pytkę, ci zza granicy mogą nawet wysłać matce-staruszce garść ojro. No i wszyscy są szęśliwi, nawet na święta można pojechać do domu, poopowiadać, a wszyscy będą z radością i zapartym tchem słuchać o wielkim życiu.

Siedzisz i liczysz ziarenka ryżu w zupie pomidorowej, zrobionej własnoręcznie, bo mama zawsze taką robiła. Ci, któzy nienawidzą swoich kodziców, mogli zrobić krupnik nas przykład. Liczysz i zastanawiasz się, czy już do końca chcesz być księgową Banku SA czy też kelnerem na East Endzie. Ej, no bez przesady, przecież jest git - zarabiam spoko, chodzę na piwo, kupiłem nowy aparat fotograficzny, komórkę, laptopa, mam w banku okrągła sumkę na później. Co mi tu będziesz pierdolić.

 Budzisz się któregoś dnia w nocy, spocony po jakimś dziwnym śnie, którego nie pamiętasz dokładnie. I nie chcesz, żeby się on powtórzył, tak jak nie chcesz myślećo East Endzie, księgowości banku, autobusach i sumiennym wykonywaniu swoich obowiązków.

piątek, 10-03-2006 [21:14:28] | Poczytaj se mamo![10] | dorzuć coś | edycja wpisu


Poszłabym za Tobą...

Zaczęło się w Zamościu, kiedy zmęczeni upiornym wspinaniem się na wzgórza, a właściwie małe góry, rozbiliśmy namiot na kempingu. Zanim gdzieś za horyzontem zaczęło grzmieć, w upale, skwarze i takim syfnym, oblepiającym gorącym powietrzu jechaliśmy przez cały dzień. Rowery były objuczone sakwami i wszystko było super do momentu, kiedy z Suśca skręciliśmy na północ. Nie pamiętam, skąd wyjechaliśmy tego dnia, ale pamiętam płaską jak stół, gładką asfaltową drogę przez las. Chłodny cień, dookoła szum drzew, no taki wakacyjny klimat, do jakiego zawsze tęskni siedząc w domu pod koniec stycznia i smarkając na trzy metry.

Jechaliśmy tą drogą i marzyłem, żeby się nie kończyła za szybko. Było fajnie, nawet specjalnie nie cisnąłem, żeby sie za szybko nie skończyło. Patrzyłem na elektrokardiogram nieba - no wiecie, chodzi mi o ten taki niebieski wycinek, który widać nad głowami, kiedy jedzie się przez las. Na górze niebieskie, a po bokach mniej lub bardziej zielone. Przede mną był asfalt, który przyjaźnie wił się, chowając się i wyglądając spoza ściany lasu. Tam było naprawdę fajnie.

W pewnym momencieta urocza droga się skońzyła tzw. tetką, czyli skrzyżowaniem w kształcie 'T'. Zatrzymałem się, a przede mną, w poprzek grzmiały co chwila polonezy, duże fiaty i różne takie rupiecie pościągane przez lokalnych przedsiębiorczych biznesmenów w białych adidasach. Takie rzęchy, które możńa w dojczlandzie kupić za 50 euro, pod warunkiem że weźmiesz od razu 50 sztuk. Polskie, jak i zagraniczne pojazdy odznaczały się (pokrótce): telepiącymi tłumikami, dziurawymi tłumikami, niesprawnymi światłami stop, brakiem kierunkowskazów (chociaż to może lokalni rokersi uważali za absolutnie niepotrzebne włączanie migaczy przed skrętem), blacharką dziurawą jak durszlak. O spalaniu oleju w ilościach większych niż benzyna to już nie muszę wspominać. Z rozrzewnieniem obserwowałem podstarzały traktor (Ursus C-330 lub C-360 - pamięć płata figle, mimo że jeszcze trzydziestki nie ma na karku), prowadzony przez doświadczonego kolejnymi rolniczymi cyklami lada-traktor, traktor-lada chłopka, który podskakując na wybojach ruchliwej trasy Ciotusza Stara-Łasochy, patrzył na mnie jak ufoludka.

No bo wiecie - jak jakiś rejon jest biedny, bo upadłe PGRy, zero przemysłu, nawet nigdzie po wynajętych chałupach nie robią narkotyków ani chociażby bimbru na większą skalę - no to się mówi, że turystyka jest nadzieją na rozwój regionu. Pieniądze z centrali, z Unii, stąd, stamtąd. Fajnie, to mnie cieszy, no bo każdemu w sumie jakoś tam zależy, żebyśmy jako Polska nie zostawali gdzieś tam w ogonku. Tylko że tak sobie myślę - turystyka nadzieją na rozwój. Żebyśmy my turyści tylko się nie nadziali na uroki regionu. Jako rowerzysta jeżdżący bocznymi drogami, po któych jeździ wszystko, co daje się uruchomić chociaż na chwilę, nachodzi mnie taka refleksja, że nie chciałbym zginąc albo chociaż stracić ręki, nogi czy jakiegokolwiek innego członka w wyniku zdarzenia drogowego z takim rupieciem, którym nasz dzielny potencjalny hotelarz lub pracownik gospodarczy pędzi z prędkością maksymalną 50 km/h.

Wiadomo, jaka jest hierarchia na polskich drogach: gdyby nie odpowiedzialnośc karna, to rowerzystów możnaby rozjeżdżać na równi z żabami albo psami. Dlatego traktowani jako dpust boży i w ogóle spierdalaj, zgiń przepadnij. Na szczęscie nie miałem jeszcze poważnego zdarzenia drogowego, niemniej jednak nieraz zastanawiałem się jak - w razie czego - umiejętnie wpaść do rowu, wybierając mniejsze zło.

Już wracam do swoich baranów. Jeżdżąc od paru lat tu i ówdzie po łonie natury naszego kraju, zauważyłem że rozwój turystyki tak, ale pod warunkiem, że przyjeżdża turysta eleganckim samochodem - najlepiej kombi i z rodziną (małe dzieci mile widziane), w bagżniku nawalone pod sufit sprzętu turystycznego - albo chociaż poduszki przynajmniej. No, jak taki przyjeżdża - naczy się majętny, naczy się zasługuje na dobre traktowanie. Kiedy zaś zza zakrętu wyłania się para spoconych, przykurzonych rowerzystów, na maszynach z sakwami wypakowanymi bóg wie czym, to chyba raczej nie sa tacy w porządku, bo jakby mieli dużo pieniędzy, to by przeca samochodem zajechali.

Bywa różnie - kwadratowo i podłużnie, ale co poradzisz. Tak sobie rozważałem, stojąc na tym skrzyżowaniu światowych arterii. Ale później pambuk mnie pokarał. Od Suśca na północ prowadzi dorga, która zaczyna się od imponującego podjazdu. Tu następuje kilka, klikanaście minut wypluwania płuc na zmianę z niemym "kurwa mać" oraz "trzeba było jechać nad morze" albo przynajmniej "co ja tutaj robie?" Jak wiadomo, kiedy już się znajdziesz na górze, to "ze szczytu wzgórza roztacza się imponujący widok" itede, itepe. No faktycznie, widok jest super - z jednej strony maleńkie domki Suśca widoczne poniżej, prostokąty żółtawych i zielonkawych pól, ciemnozielona linia lasu, taki bajer wakacyjny. Z drugiej sprawa wygląda bardziej nęcąco. Wstęga asfaltu wije się i znika pośród drzew, i pól - cud, miód, ultramaryna.

Na szczęście dalej jest w dół, więc siadamy na rowery, gęby się śmieją wiatr osusza pot i łzy, które wystąpiły tu i ówdzie na ciele podczas podjeżdżania. Rzeczywiście - droga wije się łagodnymi serpentynami, mijamy zagajniki, zakręty, tego śmego. Gęba sama się śmieje - w końcu to wakacje, nie?

Lecz co to? Skoro było w dół, to musi być i w górę. No i rzeczywiście. Droga prowadzi wyżej i wyżej. I to całkiem stromo. Co prawda nie są to mrożące krew w żylakach serpentyny Karakorum Highway albo przynajmniej alpejskie, ale zawsze coś. Zwalniam, zmieniać przełożenia. Po szybkim zjeździe, kiedy jeszcze przed chwilą mknąłem jakieś 40 na godzinę, obecne 5 km/h powoduje że mam wrażenie, że stoję w miejscu, mimo pedałowania. Ale poruszam się, powoli pnę się do góry, pot zalewa mi oczy, czuję się oblepiony jakąś warstwą niewiadomoczego, która mnie pokrywa od stóp do głów, szczelnie izolując od powietrza. Jest mi gorąco, język klei się do podniebienia, pochylone plecy zaczynają powoli boleć, coraz silniej zaciskam dłonie na rogach kierownicy. O, właśnie pokonałem kolejne 10 cm podjazdu. Nie mam czasu się cieszyć, muszę pokonać zakręt. Skręcenie kierownicą podczas takiej mozolnej jazdy czasem staje się olbrzymią trudnością, w końcu pokonuję zakręt, chyba już stoję w miejscu, mimo że pedałuję... Nie, jednak jadę, przede mną powolutku otwiera się następne kilkadziesiąt metrów, może sto, może nawet dwieście metrów drogi. A tam ciągle podjazd. Fajne wakacje, nie?

To są ciekawe chwile wbrew pozorom. Te wlokące się minuty, kiedy zaczyna boleć wszystko, a to co nie boli, to wydaje się że boli. Te rozważania, czy już sobie odpuścić, czy jeszcze chwilę, jeszcze metr, jeszcze sekundę, jeszcze... A może już położyć lachę na to wszystko, zatrzymać się, zsiąść i poprowadzić rower? Ale przecież nieraz już się tak mordowałem, pociłem, kląłem w żywy kamień. Nie raz i nie dwa mówiłem sobie - wytrzymaj, jeszcze tylko dwieście, sto, pięćdziesiąt metrów. Starałem się nie zważać na ból w nogach - niczym sierżant Pięść w "Bulgarskim Pościkku" mówiłem sobie: "To dla Twojego dobra". Sam siebie reanimowałem, błagałem, padałem na kolana - nie możesz przestać, dajesz, dajesz, dalej. No i w końcu tak się zapętlałem, że ani sie obejrzałem i bylem na górze.

Tym razem ze wzgórza nie roztaczał się widok na kilkanaście wiorst. Na szczycie wzgórza był las, który dawał zbawczy chłód. Mimo tego, kiedy zatrzymałem się, żeby uspokoić telepanie w mięśniach, wyrówniać oddech i zwilżyć usta, czułem się jak Pan Ognik, jak ten gość z okładki 'Wish You Were Here' Floydów. Kiedy byłem mały, to pamiętam ją dokładnie, jak leżała pośród czekolad, zagramanicznych ciuszków i innych bajeró z Zachodu. W latach 80. w Wawie do dobrego tonu należało wówczas chodzić na Perski czy na Skrę. Tam można było poczuć wielki śwat, widywany dotąd w telewizorze czy peweksie. Pamiętam cinkciarzy, którzy chodzili w marmurowych kompletach z kartką powieszoną na piersiach: 'BONY KUPIĘ'. Pamiętam jedne z pierszych kasety video, które można było kupić za bezcen (znajomi rodziców - prywaciarze - mieli odtwarzacz, taki stary, z kasetą wkłądaną od góry, to był czad). Pamiętam zwłaszcza okładkę z króliczkiem Playboya i śmiech moich rodziców, kiedy ich zapytałem, co to za kreskówka i czy może by kupić tę kasetę, to możnaby obejrzeć u tych znajomych. No bo to niesprawiedliwe, kurczę blade! Oni mogli sobie oglądać jakieś tam filmy, a ja nie.

No więc czułem, że płonę niczym na 'Wish You Were Here' Floydów, na płycie której chyba nigdy nie słyszałem. Myślałem sobie nawet 'wish you were here', ale przecież Ty miałaś być tutaj, ale za kilkanaście minut, wynurzyć się zza stromizny podjazdu, prowadząc rower z prostokątami sakw, ociekając potem, przeklinając mnie, całą tę jebaną wycieczkę i jeszcze parę innych rzeczy przy okazji. No więc Ty się pokazałaś, wyszłaś, odebrałem od Ciebie rower i oparłem o ścianę przystanku. Żłopiąc wodę, przeszedłem się kilkaset metrów. Wyszedłem z lasu i natknąłem się na zielony drogowskaz. 'Reforma Łabunie 8'. Chwalmy Pana! Jeszcze tylko 8 kilometrów i mielibyśmy niepowtarzalną okazję obejrzeć miejscowość o równie egzotycznej nazwie, co miejscowości opisywane na blogu Parta Bogody. Z tą drobną różnicą, że my jesteśmy w Polsce. Niestety, nie było nam dane zwiedzenie sioła o tak ekscytującej nazwie. Stwierdziłem, że ne ma co, jadziem, panie Zielonka. Ma być Zamość i koniec.

No to siup na rowery i gęby się śmieją, bo zjazd jest. Znowu kilkaset metrów, może kilometr swobodnego spadania. Wiatr znowu osusza łzy i pot, wesoło szumi w uszach, świat na powrót staje się przyjazny, niebo jeszcze bardziej niebieskie, las jeszcze bardziej zielony, no w ogóle, w ogole! Lecz cóż to? Do diaska, jak pisano kiedyś w powieściach dla chłopców. Te zjazd nie ma końca! Gębę już mam tak roześmianą, że muchi zaczną mi włazić między zęby. Mkniemy w szalonym pędzie, mkniemy i mkniemy. Ej, tego nie było w scenariuszu. Jestem zaskoczony, przyjemnie zaskoczony. Ten zjazd ma kilka kilometrów. Dobrze, że nie jedziemy w drugą stronę, bo zajęłoby nam to cały dzień. Pośród pól widać już Zamość. Dominują bloki, bloki i bloki. Wiem, że gdzieś tam jest renesansowa starówka ze słynnym ratuszem. Niestety, jedyne, co widać wśród pól i lasów to bloki. Ból i symbol tego kraju. Wielka płyta, nad którą brandzlowali się dygnitarze i architekci-sługusy. Pamiętam taki obrazek - zapewne znany tym z was, którzy gdzieś tam jeżdzą bocznymi dorgami, ósmej kategori odśnieżania. W okolicach Dzikowa Starego droga prowadzi przez las przez kilkanaście ładnych kilometrów. Ładnych dosłownie i w przenośni. W pewnym momencie kończy się las i zaczynają pola. Jest to jakby ogromne poletko otoczone zewsząd lasem widocznym na horyzoncie dookoła. Dość niesamowite i klaustrofobiczne wrażenie, zwłaszcza kiedy niskie deszczowe chmury wydają się ocierać o szczyty drzew. I nagle spośród tego wszystkiego wyrastają trzy, może cztery bloki. Wielka płyta jak się patrzy, sukces jakiegoś sekretarza, planisty, architekta. Ci szlachetni inżynierowie - również dusz - powinni płacić dziś jakieś odszkodowania za pomysł wystawienia takich straszydeł. Nawet nie bardzo można to zburzyć, bo mieszkają tam ludzie. Kojarzycie - ci smutni, szarzy ludzie, którzy narzekają w programach interwencyjnych komercyjnych stacji telewizyjnych na swoje życie, na polityków, na lokalnych watażków, na wszystko i wszystkich. No i pamiętajcie, co mówił wojewoda: nadzieją dla tego regionu jest turystyka.

Karkołomny zjazd już się kończy, lecz nadal pędzimy z jakąś zawrotną jak na rower prędkością. Robi się już coraz bardziej płasko, coraz więcej samochodów. W końcu musimy zacząć pedałować. Juz po zjeździe. Teraz pozostaje monotonna jazda przez kilka kilometrów. Dojeżdżamy do skrzyżowania z wlotówką do Zamościa. Niedaleko skrzyżowania sklep GS-u. Kupujemy wodę. Siedzimy i pijemy, zastanawiając się, jak dojechać na kemping. Po zasięgnięciu informacji u tubylców, okazuje się, że musimy przejechać dokładnie cały Zamość, żeby trafić na kemping. Takie życie. Przed sklep zajeżdża z piskiem opon jakiś zagraniczny samochód. Jest tak zdeformowany tuningiem, że trudno się połapać, co to jest. WYsiada z niego dwóch eleganckich dżentelmenów. Aż chce się im powiedzieć, że Manieczki, to nie w tę stronę. Ale kto wie, może to jacyś lokalni killerzy? Potem krzykliwe napiszą o nas na pierwszych stonach albo jeszcze gorzej.

Kit i m w ucho, gdybym miał samochó w takim kolorze, to bym wszystkim mówił, że jestem daltonistą, ale dobrze mówię po polsku. Ruszyliśmy przez Zamość. Naprawdę, trudno mi cokolwiek powiedzieć o tym mieście poza starówką. Najzwyklejsze miasto, jak wiele w Polsce. Niestety, nawet nie wiem nic o Hetmanie Zamość. No mogiła, kochani, mogiła. Udało nam się przebrnąć przez miasto i znaleźliśmy się w okolicach rynku. Teraz już jesteśmy w domu. Kemping jest dosłownie rzut beretem od rynku. Super lokalizacja, a w dodatku na polu namiotowym Holendrzy, Holendrzy i... Holendrzy. Pełna kultura, luksusowe namioty, przyczepy kempingowe, bajery rowery... Rowery nasze oczywiście. Już sobie myślę, że przyjdzie nam zasnąć, słuchając szemrzących, niczym strumień górski w oddali rozmów Holendrów. Brzmienie ich języka będzie pieściło me uszy w przedsennym letargu, niczym borowanie udarową wiertarką, niczym rżnięcie starego żelaza szczerbatą piłą... Rozkosze snu same jawiły mnie się przed oczami...

Dopóki gdzieśtam, za drzewami nie uderzył piorun. Zastrzygłem uszami, bo lubię burzę. Co prawda, nasz namiocik stał tuż pod dwoma wysokimi drzewami, ale głupi ma szczęście, więc nie obawiałem się zbytnio śmierci od uderzenia pierona. Ewentualnie od upadającego drzewa. Będąc strudzonym wędrowcem, pofatygowałem się pod prysznic, coby zmyć z siebie trudy podróży. Pomruki i piardy nadchodzącej burzy towarzyszyły mi nawet po prysznicem, ale bynajmniej nie był to wynik jakowejś niestrawności, tylko naprawdę donośnie grzmiało. Wylazłem spod prysznica, paradując z ręcznikiem przewieszonym przez ramię i przyborami do mycia wystającymi ze wszystkich kieszeni. Wolałem robić z siebie pajaca, niż kupić porządną kosmetyczkę.

Jeszcze jedno bum, gdzieś za drzewami, chyba na drugim końcu miasta. W pewnej chwili pioruny zlały się niemal w jeden grzmot, a niebo za i ponad drzewami zaczęło rozbłyskiwać feeriami błyskawic. Takie rzeczy to zawsze na Discovery pokazywali, a tu proszę bardzo - niemal na wyciągnięcie ręki. Piękne błyskawice przeskakujące pomiędzy chmurami. Dupa ze mnie, nie meteorolog, ale to zjawisko wyglądało, jakby działo się w powietrzu i żaden z piorunów nie zniżył się do tego, żeby strzelić gdzieś w ziemię. Ludzie powoli zaczynali zauważać taniec piorunów. Zgromadzili się niedaleko nas. Stali i przyglądali się rozbłyskom. Popłynęła tajemnicza, intrygująca mowa holenderska. Z jednej strony zjawisko zapierające dech w piersiach , niczym zorza polarna, a z drugiej komentarze po flamandzku. Jezus Maria, oto globalizacja...

Nie mogłem się powstrzymać i sięgnąłem po aparat. Ustawiłem go na jakiejś starej szafce, która walała się po polu namiotowym. Nastawiłem i zacząłem robic zdjęcia. Burza jakby stała w miejscu, hucząc i trzaskając piorunami w powietrzu zastanawiała się na głos, którędy pójść. Chyba w końcu zdecydowała się na spacer po okolicy, bo powoli zaczęła się przybliżać. W głowie pojawiłą mi się ponownie myśl, że głupi ma szczęście, że może przejdzie bokiem i takie tam. No bo w końcu nie chciałbym, żeby na Polsacie powiedzieli, że dwudziestokilkuletni mieszkaniec Warszawy zginął od uderzenia pioruna na kempingu w Zamościu. Młody człowiek osierocił dwa koty i 500GB empetrójek. Ale nie ma się czego bać, burza to pozytywne zjawisko, powstaje dużo ozonu, który jest dobry dla nas. A kiedy pierony walą w ziemię, to powstają takie jakby rurki, bo piasek się topi i układa w takie kształty. No więc nie ma tego złego, coby na dobre nie uderzyło w nasz namiot. Holendrzy nie wyglądali na zaniepokojonych, no to ja tez starałem się robić minę luzaka i specjalisty od burzy, który już pińcet ich przeżył, o śniadaniu w oku cyklonu nie wspominając.

Nie pamiętam w którym momencie, chyba leżeliśmy już w namiocie, kiedy w drzewa ponad nami uderzył pierwszy podmuch wiatru. Zaszumiało, oczami wyobraźni zobaczyłem gałęzie targane porywstym wiatrem i miałem nieodparte wrażenie, że poprzez szum zbliżającej się burzy słyszę jakby ktoś wysypywał kamienie z wywrotki na asfalt. Chyba Holendrzy rozmawiali o burzy, o planach na jutro albo po prostu opowiadali sobie sprośne dowcipy.

W końcu burza raczyłą znaleźć się nad nami i roztoczyć cały wachlaraz swoich możliwości. Ale chyba zapomniała o jednym. No bo był wiatr, szum gałęzi, deszcz i odgłos kropel uderzających o namiot, no takie wszystkie burzowe sprawy. Nie było natomiast jednego. Dawno temu, kilkanaście lat temu spędzałem wakacje na Mazurach. Była tam taka burza, że miałem ochotę schowac się w śpiwór i nie wyglądać aż do listopada. Zatrzymała się dkokładnie nad naszymi namiotami, jakby ją napraowdził promień lasera. Oprócz wspomnianych atrakcji burzowych, były jeszcze błyskawice. Waliły gdzieś niedaleko i było na tyle malowniczo, że chyba sam Lovecraft by się nie powstydził efektów. Otóż kiedy błyskało, to czułem się, jakby ktoś robił zdjęcia w namiocie. Na ułamek sekundy widziałem wszystko dookoła mnie: zmierzwiony śpiwór, plecak w kącie namiotu, twarze kolegów. To robiło wrażenie.

Na szczęście albo i niestety takich atrakcji nie oferowała burza nad Zamościem. Przyznam jednak, że z ciekawością nasłuchiwałem kolejnych grzmotów i wyglądałem niecierpliwie następnych błyskawic. Słuchaliśmy, słuchaliśmy, aż w końcu jakoś tak niepostrzeżenie zasnąłem wsłuchując się w odgłosy burzy. O ile można tak powiedzieć.

Następnego dnia wybraliśmy się na spacer po Zamościu. Już kiedyś byłem w tym mieście. Przy słonecznej pogodzie wystarczy zagubić w jednym z podwórek w okolicach rynku i od razu można się poczuć, jak nad Morzem Śródziemnym. Wiadomo - perła włoskiego renesansu. Krużganki, maszkarony, cokoliki, no żyć nie umierać. Nie bez przyczyny zamojska starówka znalazła się na liście swiatowego dziedzictwa UNESCO. Ale tym razem postanowiliśmy zobaczyć inny Zamość. Ten zwykły, codzienny. Ruszyliśmy więc w stronę innych dzielnic. Niedaleko uszliśmy, a właściwie ujechaliśmy, bo wyruszyliśmy na rowerach. Skończyły się marzenia o zardzewiałych rupieciach, które miałem nadzieje znaleźć pośród zamojskich osiedli. Zaczęło się od nowa.

Najpierw zaczęło padać, zaraz potem grzmieć. Burza chyba sobie o czymś przypomniała, bo postanowiła wrócić na Zamość. Może zostawiła torebkę, może nie mogła się doliczyć jednej błyskawicy, może miała kogos porazić, zerwać jakiś dach, ale wczoraj w nocy zapomniała. Postanowiłą wrócić więc i dopełnić dzieła. No fajnie, ale wiecie, tu leje, w okolicy żadnego dachu, tylko rozłożyste gałęzie drzew, a w tle grzmi. Głupio tak chować się pod drzewem w czasie burzy. O tym wie każdy harcerz. Spokojnie, nie ulehgamy panice. Jak tylko troszkę przestało padać, przeskoczyliśmy pod jakiś dach. Grzmieć nie przestawało. Pierony znowu waliły gdzieś w Zamość albo w okolice. W końcu burza przeszła.

Dwa dni później znależliśmy się w Lublinie. Tym razem mieliśmy na kilka dni do dyspozycji luksusowy apartament mieszkalny. Z balkonem. Cały dzień było gorąco i duszno. Nie ma się co dziwić, w końcu mamy lato. Ale wieczorem, kiedy wróciliśmy ze zwiedzania miasta, powitał nas znowu głuchy pomruk burzy. Witała nas jak starego znajomego. W końcu nie widzieliśmy się dwa dni. Co u ciebie nowego?

Na początku odpowiadała przytłumionym głosem, z daleka, jakby zawstydzona, że znowu nas nachodzi. Już było słychać jej głos, ale w powietrzu wisiał gorąc i suchość, niemal jak na pustyni. Piekły mnie otarte kostki od nierozchodzonych sandałów, które kupiłem na dzień przed wyjazdem. Zupełnie jak niedzielny turysta. Kiedy szedłem w nich do osiedlowego sklepiku, przeklinałem na czym świat stoi. Chociaż wystarczyło wyjść z klatki schodowej, skręcić za róg i już był sklep. Dla mnie te kilkanaście kroków stanowiło mordęgę. Jak widac, przeżyłem do wieczora.

Wreszcie zjawiła się nad Choinami. Zaczęła szczodrze rozdzielać pioruny tu i tam. Tym razem były to błyskawice, co się zowie! Na balkonie znalazłem dwie puszki po farbach, jakieś pudła i trochę innych rekwizytów. Zbudowałem z tego całkiem zgrabny statyw i zacząłem robić zdjęcia. Tymczasem - jak to piszą w książkach - na niebie rozpętało się piekło. Grzmoty było słychać niemal nieustannie, nad samym osiedlem. Miałem wrażenie, że pioruny waliły w bloki obok, choć raczej tak nie było. Natomiast rysowały niesamowite wzory pękającego nieba. Na całym niebie, od prawej do lewej strony, od góry do dołu - wszędzie było ich pełno. Pojawiały się co kilka sekund - mniejsze większe, bliżej dalej, ale regularnie. Najpierw błyskały oślepiająco, "noc się stawała dniem", te sprawy. Ułamek sekundy później przeszywający aż do szpiku kości łomot, trzask. Zaraz znowu błysk, trochę dalej, trochę cichszy trzask. Za chwilę znowu i znowu. Zachwycająca napierdalanka trwałą i trwała. Nawet nie bardzo pamiętam, kiedy zaczął padać rzęsisty deszcz, niemal oberwanie chmury. Nagle zrobiło się chłodno, przyjemnie po całodziennym skwarze. Te burze były potrzebne, chociaż póżniej w tv mówili, że coś tam podtopiło, gdzieś zerwało dach, a w ogóle to była jakaś niespotykana burza, która szalała przez kilka dni po całej Polsce południowo-wschodniej.

wtorek, 17-01-2006 [01:02:17] | Poczytaj se mamo![784] | dorzuć coś | edycja wpisu


The sun isn't getting any brighter

Czasem przychodzą takie dni, kiedy dwie godziny przed świtem budzik próbuje oszukać czas i zrywa go o nieprzyzwoitej porze. Otwiera wtedy oczy, unosząc się na pograniczu jawy i snu, szuka tępawym wzrokiem oparcia w rzeczywistości, która mogłaby mu powiedzieć: wyluzuj, stary! Masz jeszcze dwie godziny, mozesz spokojnie kimać! A on podciągnie kołdrę, zakrywając się po czubek uszu i będzie pędził przed oczami obrazy, które powinny stać się rzeczywistością, a rzeczywistość koszmarem, który od czasu do czasu rysuje jego świat szeroką, krwawą pręgą, która jednak szybko znika w blasku liści, głębi dużego zimnego Heinekena i szutrowej drogi gdzieś pomiędzy Werchratą a Horyńcem, a może nie, to było chyba gdzieś indziej...

Ale nic z tego, nie ma różnicy czy to dziewiętnasta czy piąta rano - jest cały czas tak samo. Pękają oczy jak w piosence Kultu. Rano pękają z niewyspania, wieczorem ze zmęczenia, a może raczej z tęsknoty. Z tęsknoty za różowobłękitnopomarańczowogranatowym zmierzchem, przeciętym siwą krechą rejsowego samolotu Moskwa-Nowy Jork czy też fajkiem wypalonym na spokojnie w oknie przed snem.

Pęknięte, zarysowane oczy idą powoli do kuchni, gdzie nastawia wodę na herbatę, dłubie w nosie i zastawia się czy warto jeść sniadanie, a może lepiej coś kupić w sklepie po drodze. Tak jak wtedy, kiedy trzeba było wstać o piątej rano, żeby zdążyć na 7.10 na pociąg do Suwałk albo może do Zagórza. One tak jakoś odjeżdżały, prawie równocześnie, ale w dwie przeciwne strony, jakby niosąc jakieś tajemne przesłanie, może radosne, może smutne. Albo może nie niosły żadnego przesłania, tylko grupy młodzieży pędzącej na wakacje z plecakami, przytroczonymi do nich karimatami, z rowerami w specjalnych przedziałach. Czuło się powiew radości, nie tylko z powodu przyjemnego porannego chłodu, który zwiastuje słoneczny dzień z cumulusami buszującymi po niebie, ale też te dwa, może trzy tygodnie oderwania od rzeczywistości, o którym tak bardzo marzyli niemal wszyscy pasażerowie. Może z wyjątkiem maszynisty, któremu do dzisiaj błyskają obrazy samochodu stojącego na przejeździe kolejowym, oświetlonego żółtawym promieniem reflektora lokomotywy. Maszynista nawet nie próbował hamować. Kiedy szczątki opla, a może forda rozprysły się po pobu stronach toru, dopiero wtedy uruchomił hamulec. Kilkanaście sekund, które powracają nieubłaganie.

Potem niemrawo wlecze się pod prysznic. Strumienie letniej wody gonią się po ciele, skapując do wanny, jak kąpiel w tym wodospadzie, gdzieś pośród Himalajów, w połowie drogi pod Annapurnę. Właściwie po co on tam wlazł, przecież woda była kurewsko zimna. Ale jakoś tak ciągnęło go do tego. Zawsze może powiedzieć sobie: kąpałem się w himalajskim wodospadzie. Tak naprawdę nie była to kąpiel, wlazł tylko na kilka sekund, bo woda była o wiele za zimna na takie wygibasy. To nie ta strefa klimatyczna.

Metro, bujając się delikatnie na podziemnych zakrętach, usiłuje przekornie ukołysać do snu pasażerów, którzy z takim trudem zerwali się koło piątej, żeby dojechać do swoich zakładów na siódmą. Żeby zmienić buty stojące pod biurkiem, żeby zaparzyć cappuccino czekoladowe, cynamonowe, a może waniliowe. Filiżanka kawy z pianką, rozmieszana aluminiową łyżeczką ma stanowić okienko, które pozwoli przez moment zajrzeć do ciepłego włoskiego miasta sprzed tysięcy lat, do którego prowadzą wszystkie drogi. A potem już trzeba przekładać papiery, zalogować się i włączyć eksela, program zarządzający przepływem albo monitorowaniem wody. Jeszcze telefon w sprawie tu, w sprawie tam. W międzyczasie spojrzenie na drwiczki szafki, na pocztówkę sprzed kilku lat, którą przysłał ktoś tam znad Soliny, z Teneryfy, z Nowego Jorku albo Amiens.

Dzień jeszcze się nie zaczął, a już się skończył. Teraz trzeba rozłożyć siły, umiejętnie sterować, żeby ominąć wszystkie mielizny, aż po ponownego spotkania z rejestratorem czasu pracy, który piknie, beknie albo zupełnie bezgłośnie mrugnie szelmowsko diodą do karty zbliżeniowej. I tyle. I znowu wyjdzie w mrok, połyskujący całkiem ponętnie mokrym asfaltem i kałużami rozjeżdżanymi przez samochody. Obraz rozbity przez oponę, stabilizuje sę powoli, faluje, unosi i opada jak wizje po kwasie. A lustrzane odbicia liter neonów i tzw. podświetlanych kasetonów przywiodą na myśl jakieś egzotyczne miasto, może skandynawskie, może rosyjskie albo jeszcze dalsze - azjatyckie, kuszące światłami sklepów, dusznego wilgotnego zapachu oblepiającego całe ciało. I mimo gorąca można tak iść przez noc, wtopiwszy się w nieustający jazgot klaksonów, rozmów i terkoczących silników skuterowych.

Właściwie nic już więcej, może jeszcze tylko obiad jakiś usmażony czy ugotowany. Z talerzem wędruje przed telewizor, przerzuca kanały nie mając siły zjeść, chociaż czuje ssanie w żołądku. A światowe sieci telewizyjne serwują przegląd świata. Każdy z migających obrazków jest jak ta filiżanka cappuccino, jak błysk falujących liter w kałuży - pozwala zobaczyć jakieś miasta, jakieś krainy i zamieszkujących ich ludzi, ale wyrwane z kontekstu, sfilmowane pod odpowiednim kątem, aby zadowolić producentów, reklamodawców i po części telewidzów.

A za oknem leży szumiąca samochodami ulica bez horyzontu, ale z blokami świecącymi neonami sklepu tuningowego i pizzerii. Białe i czerwone światła samochodów suną tam i z powrotem, a myśl wycina tę ulicę z otoczki bloków i umiejscawia ją gdzieś zupełnie w innym miejscu. Na wschodzie, zachodzie północy, południu. I ulica wije się bez końca, opasując świat i przecinając lasy, jeziora i góry. Prowadzi prosto w sen, do kolejnego brzęczenia budzika, do następnej unużanej w ciemnościach godziny piątej, szóstej czy siódmej. Do piątku, soboty, do wiosny, do wakacji, do jesieni, do następnych dni, do momentu, kiedy pod zamkniętymi na zawsze powiekami pojawi się obraz, któy już nigdy nie zniknie.

wtorek, 13-12-2005 [20:30:10] | Poczytaj se mamo![293] | dorzuć coś | edycja wpisu


W Polskę idziemy

Delikatne złoto jesień powiesiła już na drzewach. Hej, zmiana dekoracji! Dopóki jeszcze Złota Polska Jesień nie wyłącza nam oślepiającego blasku słońca, to jest pięknie i wszyscy się cieszą, ha ha! Kiedy jednak nad naszymi głowami pojawi się niski dach z szaroburych chmur, to malowiczne złote liście będą wyglądać raczej jak rzadka sraczka rozpaćkana po drzewach i ziemi przez niedorozwiniętego Jacksona Pollocka.

Dopóki jeszcze elegancko słonko nam prześwica przez liście, kolorowo podświetla postaci sunące parkowymi alejkami, myśli się że jest całkiem przyjemnie w tym październiku. Choć za miniówkami i dekoltami już się nie da ulicy rozejrzeć. Można wtedy powoli wracać do domu, zahaczając o ulubione centrum handlowe, salon fryzjerski jedno małe piwko albo dłuższy spacer alejami.

Kiedy po takim miłym całkiem spacerze klucze brzęczą w zamku i z drugiej strony drzwi słychac drapanie głodnych kotów, pojawia się myśl że to całkiem miłe dni. Wchodzę do przedpokoju, a koty pędzą już do zielonej miseczki, popatrując wymownie na mnie. Wtedy - jeszcze w butach - muszę zanurkować do szafy i wyciągnąc puszkę kociego żarcia. Po chwili już ciamkają, wyżerając sobie nawzajem z misek.

Później mogę usiąść i poczytać trochę książkę wypożyczoną z biblioteki. Jest dziwna. Albo źle napisana, albo chujowo przetłumaczona. Brnę przez nią jak przez smlistą substancję albo albumy rockowych oper czy Oasis. No to odkłądam książkę, przeczytawszy kilka stron - za2wsze bliżej do końca.

Pójdę do kuchni, zagrzać wodę na herbatę, zrobię jakiś obiad. Czas płynie wolno i leniwie. Trochę podłubać w nosie, trochę poprukać i jakoś zleci do wieczora. Można iśc w kimę. No, jeszcze przedtem luknąć w pocztę, czy coś. Wiecie.

Zdarzy się, że gdzieś tam w środku przeskoczy jakaś zapadka, czy chuj wi co. Jakiś nieokreśłony strach i obrzydzenie odpychają mnie od tej ohydnej, ciemnej nory z kiepską wentylacją. Wchodząc do przedpokoju, czuję że sciany powoli napierają na mnie, a ja tracę oddech. Nerwowo łapię wtedy powietrze w nadziei, że uda się napełnić płuca i odsunąć od siebie niepohamowaną chęć ucieczki. Nie, nie mam najmniejszej ochoty wracać do domu. Mogę błądzić godzinami po ulicach, zaglądając ludziom w okna i naśmiewając się z ich sytości po zjedzonym kotlecie czy odbytym stosunku. Patrzę, jak w sklepach z markowymi ubraniami, pachnącymi flakonami falują tłumy spragnionych nowych dekoltów, guzików, szaneli, fragransów i ogólnie ładnie przyozdobionego mięsa na dwóch łapach. Jak nerwowo zerkają na zegarki, kiedy będzie autobus, tramwaj, metro. W takie dni wracam do domu jak do grobu. Prześladuje mnie myśl, że kurwa już się kładę do trumny. Zaraz przyjdą i mnie zasypią w tym betonowym grobie. Że tak będze wracał codziennie i za każdym razem będę umierał. Przez trzydzieści, czterdzieści lat? Ile jeszcze? Patrzę na tego faceta, który w wytartej dżinsowej kurtce co rano o szóstej wychodzi z klatki schodowej z małą torbą przewieszoną przez ramię. Idzie do swojej fabryki. Ile tak już chodzi? Przecież nie do pomyślenia jest, że tak łazi bez słowa protestu. Pewno rzuca kurwami, upija się, może czasem trzaśnie żonę. I rano idzie znowu.

Porzucam te naiwne myśli, aby zaraz do nich wrócić. Weltschmertz. Te szerokie drogi zalane słońcem, nieskończone przygody goniące jedna za drugą. Gdzie to jest? Znowu mam kilka, kilkanaście lat i widzę strony książek z Tomkiem, sromkiem i chuj wie kim tam jeszcze. Nie chciałem być strażakiem, milicjantem, żołnierzem. Chciałem mieć spokój, żeby sobie patrzeć na świat i nie myśleć, co jeszcze zostało do zrobienia. Chciałem tylko być tu i tam. Zobaczyć to i owo. Trochę jak w telewizji, tylko że na żywo.

Tymczasem czas zagasić kiwającą się żarowkę u sufitu, zalec na katafalku i spokojnie czekać świtu, a wraz z nim kolejnego zgonu wieczorem i kolejnego.

 

wtorek, 11-10-2005 [23:43:50] | Poczytaj se mamo![11] | dorzuć coś | edycja wpisu


blog.chat

Tu są moje zdjęcia:
5MP
graty
struktura
OPh
światła nocnego miasta
foto.mjuzzik
plfoto

Prawda w oczy kole:
nie.wierz.plot.com

Linki do innych wujków na innych blogach.

Wolisz w cztery oczy?

pałered baj bleblog