| Normalnie o tej porze...by claudel | |
| wcześniejsze wpisy / | |
|
Linki: brak blogowych zobowiązań towarzyskich autora rzutuje na brak linek
|
Gdybym za tydzień szła do Instytutu Energetyki, to dzisiejsza wizyta w 1955 byłaby dobrą wprawką jak to jest, że bez względu na to, jaki wykonawca przyjedzie i co ciekawego nie prezentuje na płytach, to i tak u nas zagra jednostajny house albo techno (vide: Galliano, Unkle, Hacker) niedziela, 17-04-2005 [02:12:07] | komentarze [3] | komentuj lilou! wiem, że tu już pewnie nigdy nie zajrzysz, ale po 5-miesięcznej zwłoce mogę Ci odpowiedzieć, bo w końcu znalazłam tego Laifa - to był numer z lutego 2002 z Angelo Mike'iem na okładce. Sorry...:) wtorek, 28-10-2003 [20:13:50] | komentarze [378] | komentuj kolejny kambek, ale niczego nie obiecuję... Żyję i robię TO nadal, tylko już czasu na zapisywanie mi nie styka...Ale od dłuższego czasu ludzie pytają się o tego bloga (tak jakby nie mogli żyć bez mojego chodzenia na imprezy :))), a poza tym - i to najważniejsze - obiecałam przyjacielowi, że opiszę tu pewną imprezę, jaką przeżyliśmy razem nad Morzem Bałtyckim tego lata... No to jedziemy: Od maja minęło kilka miesięcy, co oznacza kilka imprez dnbassowych w Przestrzeni Graffenberga w ramach Napientych Struktur Uamanych, kilka imprez w CDQu i Punkcie. Napiente Struktury prawie zawsze są fajne ( z wyjątkiem tych, na które nie wpuszczają nas karki na bramce oskarżając mojego kumpla o posiadanie, co oczywiście w świetle jego upierdolenia mijało się dramatycznie z prawdą, albowiem posiadanie należało już wówczas do czasu zaprzeszłego), więc tych imprez opisywać nie będę. A najważniejsze z reszty to: Tak więc: 10.05. (sobota) breakbeat.pl – Punkt To był ten moment, kiedy pomyślałam, że klubink w wawie umiera - kolejny raz w ciągu ostatnich tygodni zastaję prawie pusty klub, jakaś atmosfera końca...to chyba było przejściowe, może nastroje konsumenckie chwilowo spadły, a może były jakieś rozgrywki ligowe w tym czasie ;) 23.05. (piatek) Gothoteka - Przestrzeń Graffenberga Interesują mnie te klimaty bardziej jako obserwatora niż uczestnika, choć z drugiej strony odkryłam niedawno tę muzykę i zajęla dość istotne miejsce na mojej muzycznej półce, głównie lub tylko dzięki d. On jest fanem mrocznych klimatów, a ja mu dzielnie asystuję ;) Od kilku lat wybieramy się do Bolkowa,. co na razie się nie udaje, ale na pewno kiedyś dotrzemy, obstawiam rok 2004 ;) A w PG - pustka, i totalne zaskoczenie - myślałam, że to środowisko, choć małe to jest bardzo skonsolidowane - jak kiedyś d'n'bowa brać.. Może w W-wie - stolicy łatwej muzyki klubowej nie ma miejsca na estetykę gotyku, może ta muzyczna subkultura wymaga głębszego zaangażowania metafizycznego, osiągalnego wyłącznie poza metropoliami, które skutecznie zżerają dusze. Jednym słowem - może na dobre dark party trzeba jechać na prowincję, gdzie czas się w niektórych miejscach przestrzeni kulturowej zatrzymał i nie dotarły wszechobecne bity elektroniczne. 24.05 (sobota) Mia100 Kobiet – CDQPo raz kolejny cudowna impreza. Nie pamiętam kto grał...(poza Donną Reginą) 07.06. (sobota) najpierw Masala w Punkcie skąd przeniosłam się na Cooking Clash w CDQ Tłum ludzi, bo to chyba było nieoficjalne pożegnanie CDQu, i nie wiadomo było czy nie na zawsze... Na żadne jedzenie się już oczywiście nie załapałam, ale klimat spędu punkowo-regowo-offowego był niepowtarzalny. Firmowy znak CDQ. 13.06.(sobota) Brygada Kryzys - CDQ Koncert odbywał się na zewnątrz, jak na CDQ - wyjątkowo. Zważywszy, że w nastoletnich latach kochałam się w Lipińskim na zabój, a w dorosłych - uwielbiałam go w porannych audycjach w śp. Rdst, no to oczywiście czekałam na ten koncert z dużymi emocjami od kilku tygodni. No cóż...nie rozczarowałam się w żadną stronę - ani dobrą, ani złą, chyba zabrakło mi ze dwóch istotnych piosenek, poza tym OK. Prawdę mówiąc bardziej mnie poruszył koncert Tiltu rok temu w Hybrydach, pomimo niesprzyjających okoliczności zewnętrznych (Hybrydy teraz mi się bardziej kojarzą z dyskoteką niż rockowym klubem). 18.06. (sobota) Naked City - WSJD - Kongresowa Świetny koncert, choć jednak miałam nadzieję, że Patton w końcu zaśpiewa, a nie tylko będzie się bezlitośnie wydzierał... Czuć jak bardzo jest to profesjonalne granie, z jaką lekkością przychodzi im skakanie po stylistykach - i jak bardzo są ze sobą muzycznie zintegrowani. Fajna podróż muzyczna, choć kompletnie się znam na takim graniu (za cienki bolek ze mnie, odbieram tę muzę tylko w kategoriach - podoba - nie podoba).
27.06. (piątek) II Festiwal Muzyki Elektronicznej - Instytut Energetyki Bilety drogie, ale impreza z rozmachem. W samej hali główna impreza techno z Adamem Beyerem w roli gwiazdy głównej, oprócz tego kilka namiotów - dnb, house, chill out, nu jazz, m.in. z Łąki Łan. Na dnb jako gwiazdą wieczoru miał być Adam F z Mc Mc, Sonic Trip, oprócz tego Perez, MK Fever i kilku mniej znanych graczy. Adam F nie dojechał; nie ma szczęścia do nas chłopak, ostatnim razem jak wybierał się do Polski zapierdolili mu bagaż na lotnisku (ale chyba tam, nie tu, o dziwo). Za to Sonic Trip dało taki full wypas występ, że cokolwiek później nie zagrałoby, byłoby dobrze. W zastępstwie Adama zagrał j majik – czy jakoś w ten deseń... S., który tam był ze mną (a jakżeż inaczej ;) powiedział, że jeszcze sprawdzi. W Instytucie byliśmy razem drugi raz. Tym razem wrażenia były nieporównanie lepsze. Oczywiście głównie dlatego, że całą imprezę spędziłam w namiocie dnb, z wyskokiem na Łąki Łan. Do Hali wpadłam tylko na rekonesans po to, by przez moment w osłupieniu przypatrywać się odblaskowym roznegliżowanym ciałom w białych rękawiczkach. Dałabym głowę, że niektórzy mieli czułki. Ewakuacja z planety techno nastąpiła w tempie expresowym. Impreza zatem udana, i cieszę się, że fatum pierwszej nieudanej wizyty spadło mi z Instytutu. Bo to naprawdę zajebista miejscówa. Jak to ktoś na drumandbnass.pl napisał: jak z Gwiezdnych Wojen :)
Potem były wakacje. A w wakacje nic się nie dzieje w Warszawie, tylko poza. Plus jest taki, że miło wyjeżdżać, szczególnie na wybrzeże, minus taki - że nie styka kasy na większość wyjazdów, które chciałoby się uskutecznić. Było mnóstwo ciekawych imprez, które mnie ominęły (największy niezrealizowany plan - na festiwal Sziget do Budapesztu - cóż, może next time...); tych oczywiście nie opiszę.. Żałuję, że nie dotarłam na Open Air w Gdyni i Kosheen (auuu!), ale jestem usprawiedliwiona, bo w tym czasie była moja działkowa imieninowa impreza, a dzaiłkowe letnie imprezy to wieloletnia tradycja - nie do zlamania. Nie dotarłam też na Creamfields...ech... Obiecałam sobie za to, że next year nie opuszczę żadnej dużej letniej imprezy plenerowej, a jak moje morale będzie podupadało, to sobie będę powtarzać, że przecież za chwilę się zestarzeję (już jestem stara!) i po clubbingu pozostanie tylko wspomnienie...Będę wtedy leżeć w domu na kanapie i słuchać loundge'owych płyt...(już to robię :))) Ale była jedna impreza, na którą na szczęście dotarłam, i o tym będzie mój następny wpis :) piątek, 24-10-2003 [14:39:11] | komentarze [71] | komentuj
Blog reloaded, czyli pamiętnik ponownie odpalony. Jedziemy: 15.03. (sobota) Breakbeat Session – Galeria OFF. Genialna impreza, wyskakałam się super. Breakbeat to mój drugi ulubiony klubowy rodzaj muzy – reprezentant jasnej strony bitu (na rewersie jest drumbass oczywiście). Nawet nie przeszkadzało mi chujowe nagłośnienie, które jest immanentną cechą Galerii Off. Spotkałam Simbę - „prywatnie” – zapowiedział mi II edycję Napientych Struktur; na pierwszej nie byłam, frajer (ale na pewno miałam zwolnienie ;). 22.03. (sobota) 3. Cooking Clash – Punkt. Dla mnie najlepszy, najfajniejszy Cooking Clash. Może dlatego, że znowu większość czasu spędziłam w kuchni, ale tym razem jako uczestnik Clashu – zgłosiłam się na asystentkę Spike’ego. Ze swoją pasją kucharską, to pewnie powinnam stworzyć własny zespół gotujący, ale gotowanie w takich extremalnych warunkach (co dla mnie znaczy - nie u siebie, w swojej kuchni), to była zbyt głęboka woda dla mnie. Ale po udanej asystenturze może na którymś Cookingu wystąpię samodzielnie... A wyglądało to tak: http://radi.klosz.art.pl/perystaltykoskop/ 28.03. (piątek) Drum’n’Bass Qltura – CDQ Plusem większego wtajemniczenia w daną muzę jest to, że słuchanie sprawia ci większą przyjemność - zwracasz uwagę na zawartość mixów, poznajesz pewne utwory, potrafisz ocenić na wpół amatorskim okiem oryginalność i profesjonalizm didżeja. Minusem – że już nie bawi cię taka prosta napierdalanka drumbassowa, w każdym razie nie bawi cię tak jak kiedyś. No właśnie, to tyle w temacie tej imprezy. (w jednym z mixów pojawił się sample z LL Cool J’a – „Mama said knock you out”, ten utwór ma chyba z 13 lat - hiphop to już kawał historii, a ja do tego tę historię dobrze pamiętam, co znaczy, że jestem starą dupą po prostu) 11.04. (piątek) Napiente Struktury Uamane – Przestrzeń Graffenberga. Genialnie! Najlepsza impreza d’n’bassowa w tym roku! Kwestia kilku rzeczy:
To może trochę głupie, ale tego drugiego się obawiam – że stanie się z nim to samo, co z HH – na który w tej chwili przychodzi wyłącznie osiedlowo-podwórkowe ziomalstwo, niebezpiecznie wymieszane z klimatem dresiarskim. To koktajl, który dla mnie jest zbyt obcy, by czuć się na tych imprezach jak „u siebie”, jak już na nie trafię - czuję się raczej jak jakiś badacz subkultur młodzieżowych. Do PG także przedostały się takie klimaty, wpadła grupa jakiś ogolonych kolesi prosto z osiedla, którzy przyjechali się zabawić, nie bardzo kumając przy czym. Na szczęście byli najebani pokojowo - tym razem zarzucili trawę, nie amfę. Rozbijali się na parkiecie, ale bez większej agresji. Mam nadzieję, że klonów Silnego nie będę często widywać na „moich” imprezach.
Po czasie żałowałam, że wyszłam w połowie najlepszej zabawy, w poczuciu towarzyskiego obowiązku - w Punkcie była impreza z Forum - zupełnie bez sensu, bo jak przyjechałam to się okazało, że jest już po wszystkim. Spotkałam 2 znajome osoby i nie pozostało nam nic innego, jak wyjść i poszukać jakiegoś miejsca, co by wieczór zakończyć na omówieniu pewnej palącej (szczególnie niektórych w Towarzystwie) kwestii. W ten sposób skończyliśmy w Szpulce, gdzie pomimo formalnego otwarcia obsługa wyraźnie dawała nam do zrozumienia, że nie ma nam nic do zaoferowania - kuchnia zamknięta, expres wyłączony, i w ogóle to najlepiej dobranoc. Ale twardo zostaliśmy i odegraliśmy trzyosobową psychodramę pod tytułem „Sąd moralny a możliwości przed nim obrony”. Ja właściwie się bardzo źle znajduję w roli sędziego i nie zamierzam tego powtarzać. S. za to został w Przestrzeni, bawił się na Strukturach do samego rana i następnego dnia wpędził mnie w nastrój „ale jestem głupia, że wyszłam”. Lepsze jest wrogiem dobrego – do katalogu przykazań klubowicza wpisuję: nigdy nie wychodź z klubu, jak się dobrze bawisz, bo może ostatni raz tak się bawisz w życiu.
12.04. (sobota) Galiano – Piekarnia. Spuszczę na to moje doświadczenie zasłonę milczenia. Cokolwiek nie napiszecie o Piekarni – to ja mam o niej jedno zdanie – nienajlepsze. Nie o samym miejscu przestrzennym – ale o bywalcach i klimacie, który tam panuje. Nie, nie jestem irracjonalnie uprzedzona, starałam się, próbowałam, poszłam na tę imprezę wierząc, że może francuski didżej zaprezentuje coś ciekawego i MIMO wszystko nie będę żałowała. Z trudem dotrwałam do jego występu, przetrawiając kolejny set house’owy. Galiano wyszedł i zaczął kontynuować house - racjonalnie wiedziałam, że później powinien zagrać coś innego, coś ze swojej najnowszej płyty, ale po nieskończenie wydłużającym się momencie walki z myślami, jedna z nich w mojej głowie zaczęła dominować: „za jakie grzechy ja się tak katuje?” – wyszło mi, że nie mam na koncie żadnych, ale będę miała za chwilę grzech psychicznego znęcania się nad samą sobą, jak stamtąd nie wyjdę – i wyszłam. Na zewnątrz odetchnęłam. Czułam się tam jak przybysz z innego świata, im więcej piłam, tym bardziej byłam trzeźwa i tym głębiej pogrążałam się w paranoicznym poczuciu niedopasowania i niezrozumienia tego, co widziałam wokół. Bardzo przepraszam wszystkich bywalców Piekarni, naprawdę nic do Was nie mam. Obiecuję, że już do Piekarni nie pójdę i więcej nie będę już na nią narzekać. 25.04. (piątek) Basement Jaxx – Hala Expo W końcu udało im się przyjechać. Całkowicie aklimatyczne miejsce, ta Hala Expo, nadaje się w sam raz do tego, do czego jest przeznaczona – do wystaw. Pusta, rozległa przestrzeń, białe ściany, jak wielka sala gimnastyczna – miejsce zupełnie bez wyrazu – ostatnie, w którym powinny odbywać się koncerty klubowe. Poza tym organizatorzy wyraźnie przeszacowali liczbę uczestników – hala była wypełniona może w ¼ swojej powierzchni. Koncert spokojnie mógł się odbyć w 1 z warszawskich większych klubów. Koncert to oczywiście za dużo powiedziane – to był zestaw setów didżejskich, ale był tak radosny i jasny, że koniec końców, pomimo niesprzyjających okoliczności przyrody – zabawa bardzo udana. 02.05. (piątek) Cracow by night. Tradycyjnie już na majówkę wybrałam się do Krakowa, i tradycyjnie z K. W piątek łaziliśmy po mieście w poszukiwaniu zeszłorocznych wspomnień, ale nigdzie nie było tak, jak miało być – w Roentgenie tym razem leciała jakaś słabizna, choć ludzi było pełno, natomiast w innych miejscach było pusto - niestety także w obstawianej przez nas Uwadze, gdzie rok temu tak świetnie się bawiliśmy. Zawsze mnie zadziwia to jakimi ścieżkami chodzi frekwencja w klubach – nie sposób przewidzieć, jaki będzie stan pokrycia powierzchni - podczas gdy w jednym miejscu w mieście ludzie ledwo się mieszczą na parkiecie, drugie, z podobną muzą, w tym samym czasie świeci pustkami. Działa tu mechanizm samonapędzający się – ludzie zostają w tym klubie, gdzie są inni ludzie, a wycofują się z progów tego, gdzie jest pusto - w ten sposób zapełniony klub jest coraz bardziej zapełniony, a pusty coraz bardziej pusty. Decydujący zapewne jest tu początek zapełniania – tam na pewno tkwi tajemnica ;) 03.05 (sobota) Nocny Kraków – cd. K. wyjechał i zostałam sama, i maiłam kryzys samopoczucia (nie dlatego, że zostałam sama, ale dlatego, że będąc sama nie mogłam zagłuszyć gadaniem pewnych nieprzyjemnych stanów emocjonalnych, z którymi próbowałam sobie od miesiąca poradzić). Na szczęście zmusiłam się psychicznie wieczorem do wyjścia i wylądowałam w Strefie 22 na drum’n’bassie w wydaniu krakowskim. Nie pamiętam, kto grał oprócz kolesia z THC Underground – ta nazwa akurat mi utkwiła w pamięci, bo bardzo dobrze wspominam występ chłopaków na jednej z imprez w Lokomotywie (jeszcze starej, nie Novej) – to chyba była jakaś impreza MTV, dawno temu (ale głowy nie dam). Przy okazji garść spostrzeżeń natury muzyczno-geograficznej albo „czym się różni Warszawa od reszty świata”: Muza która poleciał w Strefie pod hasłem drum’n’bassu to w rzeczywistości taki pop-drum’n’bass – łatwa jego odmiana, dla szerszej, niewyrobionej publiczności. Polega on na tym, że mixuje się różne popularne utwory hiphopowe, r’n’bluesowe i inne – na podkładach d’n’bassowych – publika rozpoznaje znane im motywy, a równocześnie ma je zaserwowane w wysoce energetycznych stanach rytmicznych. Sprzyja to doskonalej zabawie, ale raczej łatwej i przyjemnej, na poziomie cielesnym – nie ma miejsca na odkrycia natury muzycznej, na delektowanie się składem mixów, tropienie d’n’bassowych smaczków. Nie żebym ja była taka wyrobiona, ale w trybie przyspieszonym edukuję się przy S. dzięki jego autentycznemu oddaniu naszej wspólnej skądinąd pasji - odkąd S. ma stałe łącze, nie przerywa zasysania muzy z netu i jest tak fajnym kumplem, że regularnie wypala mi muzyczne prezenty. W ten sposób w krótkim czasie stałam się posiadaczką ponad 20 płyt z d’n’bassem, o czym jeszcze niedawno nawet nie ośmieliłabym się marzyć. Ale dość dygresji – wracając do Krakowa – wydaje się, jakby d’n’b był tam o kilka etapów wcześniej niż w Wawie – jakby dopiero był oswajany. To jest ten fajny pierwotny stan, gdy dopiero gromadzi się publika, etap pierwszej fascynacji, jeszcze tym hybrydowym d’n’bassem – tym, który łatwo wpada w ucho – i w ciało, od którego zaczyna się dopiero prawdziwe poszukiwanie. Odkrywasz już, jak wielką moc ma ta muza i jak pozytywnie na ciebie wpływa, ale jeszcze nie wiesz, czym ona jest. Może się mylę, może w Krakowie jest bardzo doświadczona i wyrobiona publika d’n’bassowa; nie ośmielam się tutaj bynajmniej stawiać jakichś generalizujących diagnoz – to jest tylko słowna ilustracja mojego bardzo subiektywnego wrażenia, jakie doniosłam po tej imprezie w Strefie. Ale tak naprawdę miło było patrzeć na tę spontaniczną radość, ten całkowicie niezakłócony odbiór – jak bezpośrednia transmisja rytmu do mięsni, bez udziału mózgu, który każdy kawałek ma ambicję rozebrać na części pierwsze. Miło, gdy pomyślałam, że gdyby wrzucić w to miejsce zblazowaną publikę warszawską, to można by się najwyżej spodziewać łaskawej tolerancji dla takich nieskomplikowanych klimatów, ale na pewno nie expresji takiej spontanicznej radości. To było trochę dla mnie jak cofnięcie się w czasie - moim czasie. A w pewnym wieku cofnięcia w czasie są całkiem całkiem przyjemne :)
Ufff...ale wrzut. Resztę dopiszę wkrótce (mam nadzieję, że nie: „wkrótce-za 3 miesiące”) wtorek, 27-05-2003 [12:22:55] | komentarze [1153] | komentuj
…wciąż wożę się po mieście, tylko normalnie nie mam kiedy o tym pisać wtorek, 27-05-2003 [12:17:47] | komentarze [328] | komentuj Dziś będę oryginalna i napiszę o swoich wrażeniach po lekturze gazety. GAZETY, tak. Postanowiłam rzucić clubbing i przerzucić się na czytanie gazet. Mam chwilową depresję i do klubów ciągle chodzę, ale tylko z wewnętrznego hedonistycznego imperatywu w nadziei, że depresja przejdzie, a narkotyki znowu zaczną działać. Wracając do gazet: nigdy nie interesowałam się prasą klubową, tzn. specjalistyczną prasą klubową, bo bez różnych Aktivistów, City Magazine’ów to jasne, że się obejść nie mogę niczym makler bez „Parkietu”. Ale ostatnio wpadł mi w ręce w Empiku trójpak Lajfu – bez namysłu nabyłam, bo był w cenie jednej gazety, a zawierał 3 płyty (progressive chillout, d’n’b i techno). Zawartość gazetową zamierzałam zlekceważyć, co najwyżej rzucić okiem, bo spodziewałam się jakiejś mocno nadętej, klabtrendowej tematyki zapodanej w języku nju-techmatrixu. Cholera, co za miłe rozczarowanie. W tym smutnym kraju nad Wisłą styl oparty na zdrowej dawce poczucia humoru i dystansu do zapodawanej treści jest w mediach rzadkością. Śmiać się, to owszem, Polacy potrafią, ale z innych. A tu Lajf nie dość, że pisze do mnie tak, że Kali kumać, do tego pisze o imprezach, na których był Kali (co łechce miło mózg Kalego, bo wiadomo, że lubimy te piosenki, które znamy), to jeszcze podaje to w bardzo lekkim stylu i z dużym przymrużeniem oka – bynajmniej nie z zadęciem: „jacy to my klubowicze jesteśmy wtajemniczeni i zajebiście masta miasta”, tylko raczej – jacy to śmieszni są ci, którzy myślą, ze clubbing na tym polega. Numery Lajfów, które wpadły mi w ręce, są mocno przeterminowane - bo sprzed roku, ale lepiej późno niż wcale – przynajmniej dowiedziałam się, dlaczego pewnej zimowej mroźnej nocy rok temu, w styczniu 2002, zamiast hiphop imprezy zastaliśmy z S. zamknięte na głucho drzwi klubu Fiolet. Szczególnie ujęły mnie 2 rzeczy - psychotest „Czy jesteś prawdziwym klubowiczem?”, ze wstępem tej treści: „Odpowiedzi zaznaczaj ołówkiem, tak żeby można je było wytrzeć gumką i nie skompromitować się przed znajomymi. wyniki wpisuj do notesu i co jakiś czas je porównuj. Czy jesteś modnym i lubianym klubowiczem?” Oczywiście testu w 100% nie rozkiminiłam, bo chociaż wiedziałam, że „klubowicz powinien b) być na wszystkich imprezach w weekend, w każdym mieście” :)))), to wywaliłam się na pytaniu: „Przed wyjściem do klubu zawsze: a) spędzasz godziny przed lustrem b) dzwonisz maniacko do klubów i pytasz: jaka dzisiaj muza na dance florze?” c) idziesz na żywioł i co chwila ukradkiem się obwąchujesz.” :)))))))))))))))))))))) No i mój Lajf fejwrit – „Przegląd prasy, czyli co inni piszą o clubbingu”. Ach, to mój ulubiony temat! Jestem tropicielem wszelkich reportaży, artykułów, diagnoz w kolorowych czasopismach - tygodnikach opinii (Newsweeki, Wprosty, Polityki) oraz pismach kobiecych (Elle, Cosmo, Marie Clare itd.). Świetnie się zawsze bawię, czytając te podekscytowane wynurzenia dziennikarek, które na własnej skórze postanowiły przekonać się, czym jest clubbing – i w efekcie pójście do trendowych lokali warszafki w stylu Muza, Organza, Piekarnia i Klubokawiarnia opisują jak extremalną jazdę klubową. Pozwolę sobie na cytat w całości jednego tekstu z tejże rubryki, bo rozwalił mnie totalnie (nie ma to jak na depresję dostać wielominutowej głośnej nieopanowanej śmiechawy :))) „Na stojaka z >>Księciem Ciemności<<” Kolejny kobiecy magazyn, tym razem Cosmopolitan, wysłał swoją dziennikarkę na podbój klubów. A ta – niczym Kolumb Odkrywca – wróciła z sensacyjnymi wieściami: najmodniejsze w Warszawie są Muza i Piekarnia! A na afterparty najlepsza Klubokawiarnia. W lutowym numerze pisma możemy prześledzić weekend z życia warszawskich klubowiczów. Wśród nich prym wiodą oczywiście pracownicy agencji reklamowych, jest też dziennikarka i „Artur, przez wtajemniczonych zwany „Księciem Ciemności”, zarządzający jednym z warszawskich klubów”. Według niego – uprawianie seksu w toalecie to normalna rzecz. Tak jest i tak powinno być. Szybki seks, na stojaka. Bez zbędnych ceregieli (...) Po to się przychodzi, żeby coś takiego przeżyć.” Tak dekadenckie życie nie jest dla wszystkich. Jednej z bohaterek udało się wyrwać ze szponów tego strasznego nałogu: „Dzisiaj już mam to za sobą – mówi Marta – dojrzałam. Powierzchowność takiego życia ukazała mi się w całej okazałości i zrobiło mi się autentycznie niedobrze (...) (tu wymiękłam...-c. ) Wciąż te same twarze, tylko coraz bardziej podtatusiałe. Zastanawiam się, jak długo tak pociągną?”. Tak, my też uważamy, że to poważny problem – klubowicze szybko się starzeją i wkrótce wszyscy wymrą. I trzeba będzie zamknąć kluby.” Buahahahahahahaha :)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))) Tak czy owak – jako przedmiot lub podmiot - clubbing bywa źródłem niesamowitej zabawy ;) wtorek, 04-03-2003 [00:22:31] | komentarze [383] | komentuj 08.02. (piątek) – Klatka – Sonic Trip
Zazwyczaj nie robię sobie maratonów weekendowych: piątek-sobota w klubie, chyba że w grę wchodzi dodatkowa motywacja, jaką jest d’n’bass. Poza tym poprzedni wieczór pozostawił niedosyt, więc w ramach wychodzenia zza oswojonych opłotków (w tym wypadku CDQ) postanowiłam zwiedzić Klatkę, klub z mojego punktu widzenia nowy, bo jeszcze tam nie trafiłam. Uaau. Co za miłe rozczarowanie. Bardzo fajna miejscówa. Nie, no niby nic oryginalnego, ale szczegóły tworzą całość –
A sama impreza była genialna. Sonic Trip to jest jednak firma. Nie pamiętam, czy słyszałam ich kiedyś na żywo, jeśli tak, to tylko przy okazji jakiegoś innego koncertu, może jako support. W Klatce zagrali doskonale – zresztą nie wykluczam, że miejsce mogło mieć tu znaczenie – było tak ciepło i kameralnie jak na jakiejś d’n’bassowej domówce (gdyby się takie odbywały). Parkiet drżał i migotał od roztańczenia, a w powietrzu unosił się gęsta woń feromonów euforii. Za deckami stali profesjonaliści – bardzo umiejętnie rozkładali napięcie, w odpowiednich momentach podkręcali bit na maxa, ale w sam raz, tyle czasu, by nie zmęczyć ludzi, poza tym bawili się nie tylko dynamiką, ale także stylistyką, np. mixowali d'n'b z muzyką z zupełnie innej bajki – efekt bardzo interesujący. Byłam na tej imprezie sama, ale wcale nie czułam się sama – bywają takie imprezy, na których jest szczególny flow – wpada się wtedy w takie wyjątkowe poczucie wspólnoty i jedności z ludźmi wokół siebie, ma się poczucie, że w tym momencie jesteście częścią jednego oceanu euforii i radości, zatopieni w jednej wielkiej filiżance gorącej czekolady (licentia poetica by Tomasz Piątek, „Heroina”, czyli traktat o szczęściu). (ja oczywiście nie wiem, czy to poczucie wspólnoty jest udziałem ogółu, czy też jest tylko moim wewnętrznym subiektywnym wrażeniem, dlatego napisałam „wpada się” w nie, a nie – „wyczuwa”). To jest też dobra okazja, bym wrzuciła swoją pewną obserwację socjologiczną – zauważyłam, że od pewnego czasu na imprezy d’n’bassowe przychodzi coraz więcej dziewczyn. Albo raczej dziewcząt. Dziewczątek, lasek, dupek itd. No i fajnie - jeszcze jakiś rok temu to były zloty samców, psychicznie lepiej się czułam płciowo zamaskowana. A teraz przychodzą lalki, niektóre tak sexownie porozbierane, jakby wyjęte wprost z imprezy HH, i to jest dobre oczywiście, bo wzmaga poczucie szczęścia nadal przeważającej grupy samców, a więc przyczynia się do wzrostu ogólnego szczęścia na parkiecie ;) Obecność kobiet wokół wytwarza wyraźne napięcie, powiedzmy lekkoerotyczne, i jest to pewne novum na imprezach d’n’b, ale novum chyba pozytywne. A gdy jeszcze - tak jak teraz – trafi się jakąś dziewczynka, która rusza się jak marzenie, i postanawia akurat przez długą chwilę tańczyć ze mną, to hmm...jest naprawdę miło. Tak więc impreza świetna, muzyka 5+, klub 5, atmosfera 5. piątek, 28-02-2003 [13:23:03] | komentarze [670] | komentuj
07.02. (piątek) CDQ - Funki Porcini (Ninja Tunes) OK, może ja jestem zepsuta szybkim bitem d’n’bassowym albo rytmicznym baunsem hiphopowym, ale to nie jest dla mnie muzyka do tańczenia w klubie. Do miłego spędzania wieczoru „przy fajce i butelce” na pewno, czyli jako muzyka tła. Ale do tańca kompletnie nie podchodzi, cała muzyka w stylistyka okołojazzowej. Jestem zaprogramowana na bit, moje prywatne rejestry fal mózgowych uzgadniają się tylko z mocnym szybkim/wyraźnym uderzeniem. Bez niego po prostu odbieram muzykę myślą i mową, a nie uczynkiem, intelektualnie – nie cieleśnie. To tak tytułem usprawiedliwienia, dlaczego szybko się zmyłam z tej imprezy i nie mam zbyt wiele do powiedzenia na jej temat. poniedziałek, 24-02-2003 [16:49:53] | komentarze [91] | komentuj
31.01.2003 (piątek) – Addiction Night - CDQ Bardzo przyzwoita d'n'bassowa impreza, od strony muzycznej to niewiele pamiętam, oprócz tego, że było dość różnorodnie (tak to jest, jak się nie spisuje na gorąco) i pojawiło się kilka ciekawych mixów.....ale dlaczego ciekawych?.... whatever Za to utkwiło mi w pamięci zupełnie coś innego, z dziedziny ciekawostek: było tak głośno, że musiałam barmance pisać na kartce, co zamawiam, bo nie była w stanie rozszyfrwać moich krzyków oraz z dziedziny klubowych stosunków międzyludzkich - ale to dłuższa opowieść: Nauczona doświadczeniem nigdy nie wnoszę rzeczy wartościowych do klubu: kart, kluczy, telefonu komórkowego; wnoszę plecak, w którym trzymam kolejno zdejmowane warstwy odzieży, ale np. nie - pieniądze. Plecak ten kładę zazwyczaj gdzieś w zasięgu wzroku, ale też nie czuwam nieustannie nad jego bytem, bo nie mogłabym się spokojnie bawić. Jego zginięcie pomnożone przez wskaźnik pewnego prawdopodobieństwa kradzieży po prostu wliczam w koszty imprezy. No i właśnie tak się spokojnie bawiłam, kiedy podszedł do mnie S., wskazał na ławkę, gdzie zostawiłam plecak i spytał: „To Twój plecak? „O kurwa, tak”. Na ławce, tuż obok nas, siedział koleś z pozornie rozmytym wzrokiem utkwionym gdzieś w nieokreśloną dal, co sugerowałoby dużą nieprzytomność umysłu, jednak pozostawało w jawnym dysonansie z jego ręką sprawnie przeszukującą kieszeń mojego plecaka. Koleś nie wyglądał na żadnego szemranego osobnika, więc wszystko wskazywało na to, że obejdzie się bez walki. Postanowiłam odwołać się do łagodnej perswazji. Usiadłam obok niego (między nami - mój plecak). On natychmiast cofnął rękę z kieszeni, równocześnie nie odrywając wzroku od tej nieokreślonej dali, w którą się wpatrywał, udając, że moje pojawienie się nie zrobiło na nim wrażenia. Przez chwilę bawiłam się tą myślą, że on się stresuje i tym razem to ja nie odrywałam wzroku od jego twarzy, licząc na to, że się złamie i w końcu na mnie spojrzy. W końcu nie było sensu tego przedłużać: „Słuchaj, nic tam nie znajdziesz. W tym plecaku nic nie ma”. Spojrzał na mnie. Raczej był nastukany. „Ale o sso ci chodzi?” „Słuchaj, widziałam to, jestem zupełnie trzeźwa i przytomna, nie wydawało mi się”. Zabrałam plecak i sobie poszłam. Ale pomyślałam, że zbyt łagodnie go potraktowałam i postanowiłam wszcząć dalsze działanie korygująco-wychowawcze. Koleś był z jakimiś znajomymi, a w każdym razie z jednym, który do niego podszedł i z nim rozmawiał, więc po prostu tego znajomego poprosiłam „na stronę” i powiedziałam mu tylko, że „właśnie jego znajomy itd. itd.” Zrobiłam to spokojnie, bez pretensji, z uśmiechem na ustach, i zakończyłam efektownym: „hej, zastanów się, po co przychodzicie na takie imprezy? właśnie po to?” Znajomy był w kompletnym szoku, w którym go zostawiłam, oddalając się z poczuciem triumfu moralnego. Może to złudne, ale mi wystarczało. Po prostu narobiłam tamtemu obciachu i to była dla mnie całkowicie satysfakcjonująca zemsta. S. był wyraźnie wzburzony tą sytuacją i zastanawiał się, czy jakoś nie interweniować, ale ja nie widziałam już powodu, może dlatego, że to nie był „zawodowy” złodziej, nie wyglądał na takiego, co to przychodzi do klubu w celach zarobkowych; to raczej okazja uczyniła zeń złodzieja. To koniec tej krótkiej historii niedoszłej kradzieży, chociaż...nie koniec moich spotkań niższego stopnia z ww. aktorami psychodramy. piątek, 21-02-2003 [16:49:17] | komentarze [315] | komentuj
(miałam przedwczoraj wenę - pomyślałam – muszę wreszcie to wszystko zapisać – usiadłam i pisałam, pisałam, a słowa same się wymyślały, tak szybko, że ledwo nadążałam z ich zapisywaniem – i niechcący, jakąś feralną kombinacją klawiszy, skasowałam wszystko; siedziałam do 4 w nocy próbując to odzyskać, bezskutecznie) To, że nie piszę na bieżąco, nie wynika z tego, że nie mam co, ale że mam dużo ciekawsze rzeczy do pisania (np. takie ). Na to zarywam noce przed monitorem.
17.01. (piątek) Na Drum’o’Fobię w CDQ nie dotarłam, chociaż bardzo chciałam. Ale suma przespanych godzin w tamtym tygodniu wynosząca 20 to jest jednak stanowczo za mało, by zarwać kolejną, piątą z kolei noc. Zresztą pomyślałam sobie, że i tak następnego dnia sobie odbiję, bo miała być Masala w CDQ. 18.01. (sobota) Masala Party w CDQ była, owszem. Z moim uczestnictwem natomiast gorzej. Drobny pech na początku wieczoru powinien wzbudzić moją czujność, bo niestety tak już w życiu jest, zgodnie z najbardziej podstawowymi prawami Murphy’ego, że jak ten pech już się pojawi, to sypie się po całości, jak kostki domina. Najpierw uciekł mi autobus. Ostatni dzienny. Sytuacja patowa – żadnym nocnym nie dostałabym się do CDQ, pozostało mi tylko zamówić sobie na przystanek autobusowy taksówkę. Bardzo kurwa fantazyjnie. Widok przed CDQiem wprawił mnie w lekkie osłupienie – kolejka??? A jednak była regularna kolejka - najdłuższa, jaką tam widziałam. Nie wiem, czy to impreza została tak mocno na mieście rozreklamowana, czy warszawskie towarzystwo poczuło nagle potrzebę zamanifestowania sprzeciwu wobec polityki Wujka George’a (impreza odbywała się pod antywojennym hasłem) czy tez postać Maxa Cegielskiego stała się tak popularna. Myślę oczywiście, że raczej to pierwsze i trzecie, drugie wpisałam tylko pro forma. Jak się okazało postałam w kolejce także pro forma, bo po jakiejś pół godzinie z przodka padło hasło: „nie wpuszczają więcej”, co świadczy o rzadko spotykanej na mieście wyobraźni i odpowiedzialności organizatorów, bo w środku musiało już być napchane na maxa (Maxa?..) Towarzystwo kolejkowe nagle zaczęło się nerwowo kręcić, wykonywać szereg telefonów i wysyłać SMSy. Wyglądało na to, że zleciało się sporo bywantów*, sporo pretensjonalnych panienek, odstawionych w dopracowany stołeczno-luzacki stylu, które teraz obdzwaniały znajomych z załowaniem: „chodźmy do Piekarni, tam jest podobno zajebista zabawa!” To trzeba było od razu uderzać do Pieksy, a nie zajmować mi przestrzeń w CDQu, dla którego tego wieczora ja akurat nie miałam alternatywy. Zaczęłam w myślach tasować talię wyjść awaryjnych, z których najbardziej narzucające się było: wrócić do domu, otworzyć wino, odpalić kompa i popłynąć. Jednak porzuciłam tę łatwą myśl, bo poczułam nagłą potrzebę wypicia tego wina pod akompaniament jakichś bardzo istotnych rozmów o życiu, w którym to temacie sama do siebie nie mam już nic do powiedzenia – dlatego niezbędny był kompan. Najpierw załatwiałam sprawy organizacyjne – wysłałam SMSowy komunikat z frontu do S., potem pomyślałam o Pedofilozoficznej, w której zazwyczaj jest jakaś reprezantacja naszych ludzi. Zadzwoniłam więc do doca, który właśnie stamtąd wrócił i nikogo od nas nie zanotował, więc opcja Pedo odpadła. Jak tak stałam przed klubem i myślałam, to nawet nie zdziwiło mnie, że w ciągu ostatniej godziny temperatura dramatycznie spadła, a z nieba zaczął padać śnieg, ponieważ zgodnie z prawem kostek domina tak musiało się stać, skoro ubrałam się dość lekko, nie przewidziawszy, że noc spędzę na świeżym powietrzu. Śnieg padał coraz bardziej, jak w Kubusiu Puchatku, a mi coraz bardziej marzły paluszki, i powoli zaczynałam wpadać w marazm i pat decyzyjny, rozważając różne możliwości uratowania tego przedwcześnie dobitego wieczoru. Narzucającą się opcją był Z., który akurat w okolicy mieszka, ale z ta opcją nie wiązałam dużych nadziei, bo Z. jest człowiekiem ciężko pracującym przez cały tydzień, dlatego w nocy śpi, a nie się szwęda po mieście i zapija, dlatego za 5 lat Z. będzie ustawionym, bogatym, zdrowym i wypoczętym biznesmenem, a ja będę zniszczonym, zestarzałym zadłużonym luzerem. Wysłałam SMSa, nie robiąc sobie zbędnych nadziei ( i słusznie, bo odpowiedź dostałam następnego dnia rano). Jeszcze przez moment pomyślałam o skontaktowaniu się z pewna panią, celem jej odwiedzenia w tej nagłej sytuacji awaryjnej, którą to myśl porzuciłam skupiwszy się na nieodpartej potrzebie rozmowy z M., moim best friend od lat. M. to jest taki przyjaciel, z którym nie muszę się często widywać, bo nasze spotkania mają taką gęstość, że starczają mi na długo, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie, że by go nie było. To z pewnością najbliższy mi duchowo człowiek, jakiego w ogóle spotkałam, w dodatku jest dla mnie autorytetem – to jedyna osoba, której zdanie ma dla mnie wartość ostateczną i rozstrzygającą.. Mam wrażenie, że M. jest po prostu taką ulepszoną wersją mnie, takim doskonalszym i bardziej szlachetnym wydaniem. I tak jak w wyższych wersjach programów - M. obejmuje i odczytuje mnie w całości i chyba wie o mnie więcej niż ja sama, podczas gdy na odwrót odczytanie jest niepełne – ja o z niego wiem tylko tyle, ile pozwala mi mój niższy poziom zaprogramowania. Rozmowy z M. są dla mnie lekiem na całe zło. Dlatego tamtego wieczora padło na niego. Czekało mnie jeszcze kilka pechowych kostek domina, m.in. to, że zgodnie z uświęconą już tradycją taksówka z mojej korporacji zamówiona na ul. Burakowską zgubiła gdzieś literki „s” i „k” w eterze i pojechała na drugi koniec Warszawy, więc czas doświadczania na własnej skórze opadów śniegu dramatycznie się wydłużył (btw, ostatnio tajemnica tych ciągłych pomyłek, pomimo moich każdorazowych wyraźnych i szczegółowych wskazówek, gdzie taksówka ma przyjechać, się wyjaśniła – wyjaśnienie było tak proste, że aż głupio mi było, że na nie nie wpadłam). W końcu jak taxi dotarła, to byłam tak emocjonalnie rozmiękczona, że całkowicie wyjątkowo i nietypowo dla mnie wdałam się w rozmowę z panem taksówkarzem, na temat nocnego życia i wogle. Po drodze postanowiłam znaleźć jakiś nocny i kupić wino, które jest w pewnych okolicznościach niezbędne po prostu do życia, na co uczuliłam pana taksówkarza, i nawet udało się ten nocny znaleźć, ale wtedy przypomniałam sobie, że muszę też znaleźć bankomat, bo co jak co, ale gotówki to ja prawie nigdy nie mam, zgodnie z moją prywatną wersją prawa Kopernika, że każdy pieniądz, który posiadam, jest wypierany przez pieniądz gorszy, czyli wydany. Kiedy tak kupowałam wino i zastanawiałam się nad lokalizacją bankomatu, uderzyła mnie nagle w głowę kolejna kostka domina – mianowicie świadomość, że nie tylko gotówki nie mam, ale także żadnego plastiku, bo przecież jestem już rozsądną dziewczynką po doświadczeniach i wychodząc na nocne wojaże klubowe nie zabieram ze sobą całego majątku jak niegdyś. Tak więc okazało się, że jestem zupełnie goła, że ledwo starczy mi na taryfę i wino, i że wobec tego muszę natychmiast dotrzeć do M., otworzyć je i wypić, bo więcej porażek tego wieczoru nie zniosę. Więc jak już osiągnęłam cel, w przedpokoju usłyszałam cichy szum komputera**, a w pokoju zastałam starannie uporządkowany nieład, to po prostu wiedziałam, że pomimo moich ambicji klubowych i szerokich planów nocnych, do CDQu już nie wrócę i spędzę ten wieczór przytulnie, refleksyjnie i spokojnie. No i właśnie tak się skończyła dla mnie Masala w CDQu. * takich, co to bywają **pudło komputera stoi w przedpokoju właśnie dlatego, że szumi i zagłusza szum myśli, a podłączone jest do końcówek, czyli klawiatury, monitora i reszty kablami przez dziurę w ścianie (sic!) poniedziałek, 03-02-2003 [13:43:30] | komentarze [551] | komentuj |
![]() |
|