wcześniejsze wpisy /

Resnais: Film jest tylko prymitywną i toporną próbą dobrania się do mechanizmów myślenia. Wierzę, że nie myślimy w sposób chronologiczny, a nasze decyzje nie są rezultatem uporządkowanych, logicznych procesów myślowych. Wszyscy nosimy w sobie obrazy, które nas prześladują, i które determinują, kim jesteśmy i kim się stajemy. Fascynuje mnie wnętrze człowieka i skomplikowane ścieżki, którymi błądzi jego świadomość.

nie miałam gdzie zapisać
później tu może posprzątam
wcale nie wiem, czy wrócę

piątek, 11-05-2007 [14:09:43] | komentarze [1] | komentuj


to niepojęte ile niepotrzebnych słów/zdań mam w głowie. wciskają się, zabierają miejsce. wyrazy, zwroty, formułki grzecznościowe. na przykład dzwonie do ciebie, gadam coś, funkcja fatyczna języka spełniona, a jakże. ale i informacje podane, z dziś i wczoraj. a potem niewiadomo skąd, absurdalne: trzymaj się, pozdrawiam, do zobaczenia. automatyczne mówienie, mlenie, memłanie. wyrazy, które wbiły się we mnie, przyssały, zawłaszczyły. dla każdego mam jakiś wyraz. dla ciebie słownik, dla ciebie słowik (trele morele), a dla ciebie pełny słoik ze słowami. dla tej pani po drugiej stronie drutu mam kilka grzecznych zdań, a do dawno niewidzianej koleżanki powiem co słychać i zrobię to pierwsza, bo trudniej się w takiej sytuacji odpowiada niż pyta. na urodziny powiem wszystkiego najlepszego. do kota też mówię. w sumie cały czas to samo, co by chciał pytam, na rózne sposoby.
ostatnio szczególnie natrętne stało się słowo "natomiast". ciągle się ciśnie, rozpycha, skleja ze sobą myśli, taki numer jeden w moim prywatnym rankingu słów lepkich.
inną, ciekawą kategorię stanowią wyrazy podpórki. nie potrafię ich teraz wymienić, ale kiedy trzeba, zjawiają się na ratunek w ostatniej chwili. tak jak w filmach davida griffitha lilian gish ratowana była z opresji, tak ja - najczęściej w stresującej sytuacji - wyrzucam z siebie całą serię słów wybawicieli, watę słowną, która miękko opada na zażenowanie i wespół z ręką, pocierającą w tym czasie czoło, daje odpór niewygodnej sytuacji.
są też wyrazy uciekinierzy, gdzieś tam przebywają, dobrze o tym wiem. uśpione, ale znane, zwyczajne. tylko, że jak ich potrzebuję, to się chowają, nurkują w dziurach (a wygląda na to, że takich dziur w mózgu trochę mam), udają, że ich nie ma. słowa bezczelne, aroganckie, nieznośne. kiedyś na przykład zabawiła się ze mną w ciuciubabkę lornetka, musiałam zdanie urwać w połowie i tłumaczyć, że chodzi mi o przyrząd optyczny służący do obserwacji, powiększający, przybliżający to, co znajduje się daleko. uciekające słowa lubują się w krępującej ciszy, zakładają blokady na umysł, rozbijają spójność myśli.

oczywiście brzęczący rój słów to tylko wierzchołek góry lodowej. dorzućcie do tego jeszcze gramatykę, siatkę relacji czasowo-przestrzennych, pajęczynę kategorii, zależności... wyobrażam sobie, jak trzy nobliwe damy (syntaktyka, semantyka i pragmatyka) kiwając się na stołkach, robią w mojej głowie swetry na drutach.

a na kwasowej fazie wyrazy wysypały się z worka i przebiegły mi przez głowę z głośnym tupaniem. ile tam tego było! zbiór podobny do przewróconej ósemki. mózg złożony z dźwięków, mlasków, sylab, wyliczanek, świstów. kategorie popruły się na szwach.
czytam, że myślenie jest w przeważającej części nieświadome. okazuje się, że w obszarach nieświadomości też jestem ulepiona z języka.

(no dobra panie wittgenstein, zabieraj tę drabinę).

sobota, 05-11-2005 [15:02:48] | komentarze [3] | komentuj


"Cycas Revoluta forewa!"
bardzo rozbawilo mnie to haslo.
Jestesmy z kotem w depresji, wiec powodow do smiechu nigdy dosc.
Depresja objawila sie dzis rano, kiedy to dziwnej proweniencji lęki kazaly mi sie na przemian zasmiewac do rozpuku z mojej zyciowej sytuacji i zagryzac ze zgryzoty rombek poscieli. W radio zapowiedzieli kolejny deszczowy dzien. (cos im prognoza nie wyszla, bo dotąd nie padało).
Tak wiec leze w lozku z moim osobistym terapeutą i poslusznie wykonuje zalecone cwiczenia. Po doprowadzeniu mnie do porzadku metodą usta-usta zakazal mi isc do pracy. Mialam zadzwonic i powiedziec mniej wiecej tak:
- Dzien dobry. Pani Praca? Dzis do Pani nie przyjde. Zle sie czuje. Jutro u Pani posiedze troche dluzej, to nadrobimy zaleglosci w kontaktach. Do widzenia.
Zadzwonilam, nie poszlam. Jutro bedzie futro.
Moj osobisty terapeuta tez nie byl w pracy, wiec sobie siedzimy i obmyslamy obiad. Ja oprocz tego obmyslam gdzie najpierw pojade, jak juz sie z Panią Pracą pożegnam na dobre. W jakie egzotyczne miejsce. Terapeuta podpowiada same ciekawe nazwy, np. Bangkok lub Kędzierzyn-Koźle. Faktycznie moglibysmy sie tam zaszyc przed tymi, ktorzy wymachuja mi paluchem i krzyczą: "nie glosowalas, to sie nie odzywaj".
Cale szczescie przez ostatni tydzien bylam we Frankfurcie, wiec finisz kampanii wyborczej zupelnie mnie ominął. I tak zaden z wielce szanownych kandydatow nie reprezentuje mnie nawet w malym kawalku. Jeden wart drugiego. W sumie zgadzam sie z tym, co tutaj: http://www.ha.art.pl/?view=tekst&aid=42&ov=teksty.

Tymczasem kot zwinął sie w precla na monitorze, tam jest mu dopiero cieplo. Musi grzac stare kosci, skoro znowu wloczyl sie po nocy niczym Charles Bukowski i obracal w lapach podworkowe myszki.

A Bangkok to podobno w wolnym tłumaczeniu: "miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Vishnukarna". Trzeba pojechac i sprawdzic.

środa, 26-10-2005 [19:04:22] | komentarze [1] | komentuj


szwankuje mi oko, rozklad ciala rozpoczęty od nogi doszedł już do samego czubka. teraz oprócz kulawych kończyn mam jeszcze kaprawe oko. przypomina mi sie szymon słupnik, którego nawet czerwie nie ruszały, a toczącego ranę robaka potrafił (dzielny szymon) zamienić w perłę i rzucił ją między bogate, faryzejskie wieprze. ja nie rzucam niczym, chociaż może przez analogię, mogłabym wspomnieć o rzucanym od czasu do czasu mięsie, które niestety nijak się nie chce zamienić w jakiekolwiek dobra stałe. spotykam duchy z poprzedniego życia. w związku z opisanymi powyżej przypadłościami, nie dziwi mnie ich brak zachwytu nad moją kondycją, ani razu żaden z duchów nie bąknął, że kwitnę. Były to duchy płci męskiej, więc liczyłam na odrobinę kurtuazji... Ale duchy, jak to duchy, zwracały raczej uwagę na przymioty bardziej ulotne, wolały dopytywać, jak sobie radzę w życiu i czemu sobie nie radzę i czy jeszcze choć trochę jestem inteligentna, oczytana i zabawna. nie pamiętam czy byłam, alkohol ukoił niepewność. jesien od dziecka mi nie sluzy. moze dlatego, ze wyskoczyłam na świat w listopadzie, zapewne była chujowa pogoda, a mamie było zimno w niedogrzanej sali, w szpitalu o obdrapanych ścianach. pewnie dlatego właśnie nie tryskam optymizmem i nie zaśmiewam się do rozpuku. pewnie dlatego jako pierwsza w krakowie złapię ptasią grypę i zamienię się w dziką kaczkę targaną konwulsjami. może jednak warto przeprowadzić się z powrotem do warszawy? albo i dalej, byle było ciepło i słonecznie. czytam "japoński wachlarz", oglądam zdjęcia z nowej zelandii, słucham opowieści o indiach, rozmawiam z kuzynem, ktory siedzi w meksyku. wystarczy tylko rzucić kostką, rzucić pracę, oddać kota na przechowanie i splunąć przez lewe ramię... tymczasem jadę na targi do frankfurtu. ąę, ciekawe po co. i pewnie znowu całą zimę będę się karmić mrzonkami, a i tak niewiele z tego wyjdzie. bo nie bedzie tego lub owego i wysiądzie mi druga noga i drugie oko. wtedy już nigdzie nie dojdę i nic nie zobaczę.
no i co duchi, zadowolone?
a tak na marginesie,
towarzysko też jestem coraz bardziej kapciem, gadka mi się nie wije jak strumyk szemrzący, więc z czym do ludzi?

czwartek, 13-10-2005 [21:29:26] | komentarze [3] | komentuj


"Myślę, gdzie nie jestem, więc jestem, gdzie nie myślę"

poniedziałek, 03-10-2005 [19:40:45] | komentarze [0] | komentuj


kupilismy sobie skuter, sliczniutka vespe. sie jaram. szukam stylowego kasku, ucze sie zmieniac biegi i dodawac gazu w odpowiednich momentach.
a poza tym wszystko dobrze, tylko nie chce mi sie do pracy lazic. wakacje sie koncza, kurza blada twarz. w cieszynie sie naogladalam filmow i dobrze mi bylo. mialam opisac i recenzowac, ale jakos weny zabraklo. to pewnie wina tych substancji odurzajacych, ktore ktos mi zaaplikowal, gdy oddawalam sie rozrywkom intelektualnym. wszystko zostaje w glowie. teraz marze o nieustajacych wakacjach i nastawiam sie pozytywnie na nowego jarmuscha.
spalam pod golym, rozgwiezdzonym niebem, gralam na bebnach i wpadlam w trans. dlatego kupuje sobie djembe. juz niedlugo bede grac jak stara.
no to was pozdrawiam, do nastepnego.

niedziela, 28-08-2005 [23:32:52] | komentarze [1] | komentuj


„Kiedy tak będziesz czekać, aż czyjaś rewolucja rozjaśni ci w głowie, nie zajmuj się wyłącznie ratowaniem życia, nie zaciągaj się do armii anoreksji albo bulimii – postępuj tak, jakbyś już był wolny”.
(Hakim Bey)

- za jaskiem (to zdanie tez mi sie podoba)

wtorek, 14-06-2005 [20:27:28] | komentarze [1] | komentuj


ok. przyznaje bez bicia, przez trzy lata trochę się tu przykurzyło, zachwaściło.
z ogródka zrobił się małpi gaj. gdzie nie spojrzeć, pajęczyny, echo w dziurawych garnkach. babs na rozklekotanym leżaku łapie ostatnie promienie słońca, bo zaraz ma padać, jak codziennie tego lata. herbata z wyszczerbionego kubka i sukienka przetarta na łokciach, żałość panie i trwoga.
a jednak szkoda. przyzwyczaiłam się do tej sentymentalnej łachmaniary.
ojciec założyciel mówi, ze to koniec blog.artu.
księżniczka babs z marcepana idzie się szwendać. walizka spakowana, gałganki i szmatki poupychane po kieszeniach.
nie wiem jak państwu, ale mi troche smutno.

poniedziałek, 13-06-2005 [20:51:13] | komentarze [1] | komentuj


[wpis skierowany przede wszystkim do tych znajomych, ktorzy w mailach oryginalnie pytaja: "co slychac mala?", "co u ciebie ruda?", czyli tak zwana prywata]

od lutego we fabryce zapieprzalam jak maly motorek, wiec i radosc dnia codziennego byla przypruszona przez popiol z papierosa, a zmeczenie zabieralo przyjemnosc z toczenia wozka zwanym moim prywatnym ajdaho. teraz moge sie juz tylko skarzyc na to, ze jestem kulawa, bo kregoslup nie wytrzymal napiecia. poza tym wiosna. majowy weekend spedzony w osrodku rasta, chlopcy z dredami w gorach serwowali wegetarianskie posilki i obiecywali gre na wielu bebenkach. odpoczelismy i pochodzilismy wsrod bukowych drzew pod gore, pewnie stad te bole kregoslupa. poza tym czekamy na desant z indii - przyjechalibyscie juz kochani do krakowa, bo teskno za wami, zdjecia chcemy zobaczyc i przyjac na klate sproszkowane napoje z dziedziny anastezjologii. co jeszcze... sezon knajpiano alkoholowy otwarty, wino do kolacji w gronie roznym leje sie strumieniami, serwujemy sery, warzywa i tak zwane delikatesy. z lektur - nowosci nalezy wspomniec wygrana na allegro "ewolucje swiadomosci", pytanie czy nasz kot jest swiadomy nie pozostanie bez odpowiedzi. plany wakacyjne bardzo niekonkretne, napewno jedziemy na wegry, do ekipy znad balatonu, ktora znowu spije nas i spali niemilosiernie i pokaze co slychac w muzyce. potem moze rumunia i domy ze znaczkami mercedesa na dachach, zamiast krzyzy i koziolkow. a za tydzien nalot grupy z kanzas, bo w kanzas wieczne slonce i usmiechy za dyche. juz szykujemy na te okazje filmy, w tym bonus: las vegas parano z napisami made by mateusz, pierwszy filozof, prawnik i narkoman z wadowic. oprocz tego ognisko na skalkach twardowskiego i wloczenie sie sladem przeszlosci po krakowskich klubach.
a teraz moi drodzy zegnam, bo musze zadzwonic do lekarza od krzyza, ktory powie mi czy i tak warto zyc, czy moze jednak rehabilitacja. adios amigos.

wtorek, 10-05-2005 [20:21:22] | komentarze [7] | komentuj


Oj ocieraj się kotku ocieraj, poliż mi jeszcze rękę. Takie z ciebie pocieszne zwierzątko i za sznurkiem pobiegniesz i kulką z papieru nie pogardzisz. Jestem dla ciebie ręką na końcu tego sznurka i nogą, o którą warto się trochę, dla podtrzymania więzi rodzinnych, poocierać. Jeść ci dam i kuwetę wyczyszczę i nie umrę, bo tego się kotu nie robi. Co cię tam obchodzi, że aktualnie biję się ze sobą na pięści do pierwszej krwi i niewygodnie mi w tych rękach i nogach, które ty postrzegasz jako użyteczne narzędzia. Machasz tym swoim ogonem, biegasz miedzy meblami jak szalony, z nadzieją na nową zabawę, a u mnie w głowie muchy się zalęgły i milionami skrzydełek wołają fuuuuj, a fuuuuuj. Jakbyś wiedział, to byś je zjadł. Nie wątpię. Oj ocieraj się kotku, ocieraj, po to są te nogi przecież, po to kolana, żebyś mógł się wczepić pazurkami i ugniatać miękkie powierzchnie. Co cię tam obchodzi, że te kolana nerwowo podskakują na wieść o kolejnym zaniedbaniu głowy, że głowa mało rezolutna i wcale nie odważna, że leniwa i gnuśna. Ważne żeby rękom kazała głaskać i drapać za uchem, żeby nos namówiła do nurkowania w sierści i usta nauczyła dmuchać tam gdzie trzeba. I tak jej zajmiesz poduszkę w nocy, więc hulaj dusza, piekła nie ma.
Ocieraj się kotku, ocieraj. I mrucz mi kotku, mrucz. Podobno chorobę potrafisz z człowieka wyciągnąć i złe, co się czai za uchem. To może zrób ze mnie księżniczkę i będzie po sprawie. Przestanę marudzić, dam ci zdechłą rybę i będziemy sobie żyli długo i szczęśliwie. Wtedy z zadowolenia zapomnę jak się nazywam, w ogóle wszystko zapomnę.

czwartek, 28-04-2005 [23:48:54] | komentarze [2] | komentuj